Reklama

Od Radia Zet do Radia Wnet

Laureat kilku mniej lub bardziej ważnych nagród dziennikarskich. Z wykształcenia filozof. Jedna z najciekawszych indywidualności radiowych. Na dziennikarską rozpoznawalność pracował w Radiu Zet swoimi dociekliwymi wywiadami. Później w TVP i telewizji „Puls”. Także w „Polsacie”. W swej ponaddwudziestoletniej karierze - dziennikarz radiowy, telewizyjny i prasowy. Był redaktorem, jak również dyrektorem popularnej radiowej „Trójki”. Dziś współwłaściciel radia internetowego. W październiku wybrany został na przewodniczącego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich - największej i najstarszej organizacji polskich dziennikarzy

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Żonaty. Katolik. Ojciec czwórki dzieci, dla którego bycie ojcem i mężem jest najciekawszym, jak do tej pory, życiowym doświadczeniem. Sam wychowany tylko przez matkę i babcię, które przekazywały mu przede wszystkim miłość. I był to - jak podkreśla Krzysztof Skowroński - najważniejszy system wartości, jaki otrzymał.

Przyjaźń krwi

Reklama

Opowiadając o rodzinnym domu, mówi, że był rozpuszczonym do granic możliwości dzieciakiem, który dostawał wszystko. Być może jako rekompensatę za brak ojca, który, jak lubi powtarzać Skowroński, „rozpłynął się gdzieś w kosmosie”. W dzieciństwie wiódł prym na podwórku, wywalczając go sobie umiejętnością gry w piłkę i zapasami. Dziś zapalony kibic piłkarski. Przez długie lata uprawiał też pływanie. Był przy tym dzieckiem niesfornym, lecz pełnym fantazji. Potrafił uciec z lekcji po piorunochronie. Jako młodzieniec nie należał też do grona aniołów. Gdyby opierać opinię o Skowrońskim na wypowiedziach licealnej nauczycielki od rosyjskiego, przyszły dyrektor radiowej „Trójki” powinien już dawno skończyć w kryminale.
Tymczasem w podstawówce miał wiele dziecięcych przyjaźni. Zasadzały się one na wspólnocie dyskusji. Najpierw o piłce nożnej. Później - o wyobraźni i wszechświecie. Chłopięcy klub dyskusyjny zastanawiał się, czy wszechświat jest ograniczony, czy nieograniczony? Czy wyobraźnia jest ograniczona, czy nie? Co to jest czarna dziura? Czytali książki popularnonaukowe, żeby później wymieniać się informacjami. Czasem pełne filozoficznej głębi dyskusje kończyły się pojedynkiem na pięści. Dzieje dziecięcych przyjaźni Skowrońskiego, jak u każdego, były różne. Jedna z nich przetrwała jednak do dziś. Jest to „przyjaźń krwi”, jak ją sam określa. - W drugiej klasie szkoły podstawowej byłem po ciężkiej operacji - opowiada Krzysztof Skowroński. - Kiedy już nieco wydobrzałem, poszliśmy z kolegą do Parku Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Naszą ulubioną zabawą było chowanie się w tujach. Łatwo tam było znaleźć kryjówkę. Skakaliśmy też po nich. Któregoś dnia złapał nas ormowiec z psem. Należał do rzadkiej klasy łajdaków opresyjnego aparatu przemocy. Złapał nas za uszy i zaczął wykrzykiwać, że za chodzenie po tujach dostaniemy po 10 pasów. Wtedy mój przyjaciel powiedział, że jestem po operacji i nie można mnie bić. I że on weźmie te 20 pasów na siebie. I ormowiec wyliczył mu je tak dokładnie, że Paweł miał całe plecy sine. Taki to był nasz chrzest przyjaźni, która trwa do dziś.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

„Rośnie nam dobre pokolenie”

Do szkoły średniej Krzysztof trafił wraz z rodzącą się nową epoką. Epoką „Solidarności”, która - jak podkreśla - wycisnęła na nim największe piętno. Choć i wybór Karola Wojtyły na papieża przyjął z niezwykłą dumą. - Miałem wtedy trzynaście lat. Wydawało mi się, kiedy usłyszałem o wyborze Karola Wojtyły, że to jest właściwie oczywiste, iż papieżem został Polak. - Oczywiście, jako uczniaki jeszcze nie czytaliśmy kontekstów tego wydarzenia. Ale wiedza, że Polak został papieżem, unosiła nas. Była kwintesencją dumy, którą mieliśmy. Poszliśmy całą klasą na ciastka - mówi Krzysztof Skowroński.
Kiedy wybuchły strajki i powstała „Solidarność”, Krzysztof miał piętnaście lat i zaczynał naukę w szkole średniej. Jednak szkoła wówczas najmniej go interesowała. Dumnie nosił wpięty w klapie znaczek Związku. Bywał w siedzibie Zarządu Regionu Mazowieckiej „Solidarności”. Czytał ukazujące się bezdebitowe pisma Związku. Pojechał do Poznania na odsłonięcie pomnika poświęconego ofiarom 1956 r. Uczestniczył jako „prywatny obserwator” w łódzkich strajkach studenckich. - Dla mnie rok 1980 był początkiem świadomego życia obywatelskiego - podkreśla Krzysztof Skowroński. - „Solidarność” była dla mnie tym ruchem, w którym jako piętnastolatek zakochałem się i wędrowałem z nim przez co najmniej dziesięć lat. W domu zawsze słuchaliśmy „Głosu Ameryki”. To radio towarzyszyło mi niemal od urodzenia. Czerpaliśmy z niego informacje o tym, co działo się w kraju. Cały sierpień „siedziałem przy wiadomościach”. Słuchałem najpierw o strajkach w Lublinie. Później o wybuchu strajku w Gdańsku. Kiedy skończyły się wakacje, również w naszej szkole zaczął się ferment. Byłem jednym ze współorganizatorów samorządu szkolnego. Uważaliśmy, że musimy sobie wywalczyć prawa uczniowskie. Pisaliśmy jakieś pisma do kuratorium. Sierpień i dyskusje w szkole, a także w domu ukształtowały moje dwubiegunowe postrzeganie polityki. Dobre było to, co pochodziło z „Solidarności”. Niedobre - co od niej nie pochodziło - podkreśla dziennikarz.
Tę młodzieńczą działalność przerwał stan wojenny. I choć Krzysztof Skowroński kleił i rozrzucał ulotki w Warszawie, chodził na „podziemne” kółko samokształceniowe prowadzone przez jednego ze studentów historii, uczestniczył we wszystkich antykomunistycznych manifestacjach, to nie uważa, żeby „był w podziemiu”. - Irytowałem się, kiedy mówiono w radiu czy pisano w „Trybunie Ludu”, że nastolatkowie są wykorzystywani przez dorosłych w walce politycznej, bo to była całkowicie nasza inicjatywa - mówi. - Uczestniczyłem z własnej woli w tym powstańczym nurcie. Prowadziliśmy na przerwach dyskusje, czy należy przemocą obalić komunizm, czy nie. Mieliśmy w klasie koleżankę, która mówiła, że trzeba zdobyć broń i pójść na Białołękę, żeby wyzwolić z więzienia politycznych. Mówiła, że jest w grupie, która zdobywa broń. Że się do takich akcji przygotowują. Dyskutowaliśmy na poważnie z kolegami, czy podjąć walkę zbrojną. Szukając odpowiedzi na to pytanie, zamówiliśmy nawet w tej intencji Mszę św. za Ojczyznę w kościele św. Anny. Po niej jeden z naszych szkolnych kolegów, kolega naszej koleżanki, był od nas rok, może dwa lata starszy, uniósł poły kożucha. Za paskiem miał pistolet. I to nie było zabawne. W kilka dni później od przypadkowego strzału zginął sierżant Zdzisław Karos. Chłopakiem, który go śmiertelnie postrzelił, był Robert Chechłacz. Ten sam, który pokazywał nam pistolet za paskiem. To była świadoma akcja, mająca na celu zdobycie kolejnego pistoletu. Śmierci jednak nikt nie przewidywał. Milicja aresztowała naszą koleżankę, która nie brała udziału w akcji, ale się z Robertem przyjaźniła. Wprawdzie nie poszła do więzienia, ale co przeżyła podczas przesłuchań w pałacu Mostowskich, to tylko ona wie.
Skowroński chodził do znanego warszawskiego Liceum im. Żmichowskiej. Rok 1982 zdecydowanie nie sprzyjał jednak nauce. Krzysztof uważał, że wiele innych zajęć jest ważniejszych niż nauka. Nie udało mu się więc dokończyć roku szkolnego. Uczestniczył w wielu szkolnych akcjach, m.in. w akcji przerwy milczenia. W końcu został wyrzucony ze szkoły. Maturę zrobił z rocznym opóźnieniem, ale bez problemu zdał na filozofię.
Czas szkoły średniej był dla Skowrońskiego niezwykle znaczącym okresem. Dużą wiedzę z zakresu najnowszej historii przekazała mu już w domu mama, z zawodu historyk. Niemały wpływ na myślenie młodzieńca wywarli też jego nauczyciele w kolejnej szkole średniej, działacze oświatowej „Solidarności”. M.in. polonistka Barbara Luft, wychowawca Marek Markiewicz, plastyk Agenor Potocki, geograf Godlewski, fizyk Niszcz, który miał zwyczaj mówić o działającej młodzieży: „Rośnie nam dobre pokolenie”.

W poszukiwaniu planów na przyszłość

Krzysztof Skowroński wybierał się na socjologię. Przypadek czy przekora sprawiły, że wybrał filozofię. Kolega, którego nie lubił, również wybierał się na socjologię, więc on postanowił zmienić kierunek, by uniknąć jego towarzystwa. Jednak wybrał filozofię w przekonaniu, że jest ona próbą dotarcia do tajemnicy za pomocą intelektu. Czas na Uniwersytecie Warszawskim spędzał więc głównie na studiowaniu obowiązkowych lektur i na niekończących się dyskusjach. Również na czytaniu swoich ulubionych prozaików: Dostojewskiego, Camusa, Manna, Prousta. A przede wszystkim Jamesa Joyce’a, po którym, jak uważał wówczas Skowroński, powinna się rozpaść filozofia i literatura. Zaś na półkach księgarskich powinien królować „Ulisses”. - Uważałem, że w tej książce jest zawarte istotne rozpoznanie całego człowieczeństwa, ze wszystkimi jego meandrami - mówi Krzysztof Skowroński. - Teraz tak nie uważam. Ale to nie była moja wewnętrzna dyskusja na temat wiary czy niewiary. Szła jakby z boku, choć miała wpływ na mój krajobraz wewnętrzny. Gdyby nie było Jana Pawła II, myślę, że jednak moje rozważania miałyby zdecydowanie większy wpływ na mnie. Fundament, jaki dawał Jan Paweł II, jego nauczanie i świat wartości, a także to, co niosła ze sobą „Solidarność”, okazały się w konsekwencji mocniejsze od lektur.
Obok nauki, czas studiów to dla Skowrońskiego także uczestnictwo w „Solidarności”. Intelektualne, emocjonalne i fizyczne. Kolejne ulotki klejone na murach i rozrzucane w mieście. Manifestacje i dyskusje o przyszłości Polski. Podobnie jak i towarzyszenie Janowi Pawłowi II. W światowych pielgrzymkach relacjonowanych przez „Głos Ameryki” czy podczas pobytów w Polsce w roku 1983 i cztery lata później.
Skowroński kończył właśnie studia, kiedy Polska weszła w kolejny etap odradzania się. Kolejny rok przyniósł już wolność. Zaś wydarzenia, które potem nastąpiły, były dla Krzysztofa tyleż oczekiwaniem, co zaskoczeniem. Nie bardzo też wiedział, co dalej ze sobą zrobić. - Nie myślałem perspektywicznie. Przez lata Polska tkwiła w obleśnym, upadającym komunizmie, w którym nie planowało się, co dalej robić. Żyło się w teraźniejszości - opowiada Krzysztof Skowroński. - Przez całe studia zresztą nie wiedziałem, czym się po nich zająć. Na filozofa się nie nadawałem, więc myślałem przez chwilę, żeby zostać poetą. Być takim szaleńcem, który chodzi po Krakowskim Przedmieściu. Zbiera obserwacje. Pisze wiersze. Lecz specjalnych zdolności w tym kierunku nie miałem. A może pisać opowiadania? Wyemigrować? Zostać nauczycielem? Profesorem akademickim? To wszystko wydawało mi się jednak zbyt nudne - dodaje. Podczas jednego z tych ciężkich dni, kiedy jest pochmurno, a na dodatek pada deszcz i nie chce się nic robić i co gorsza nie można znaleźć miejsca, bo rzuca się po raz kolejny palenie, Krzysztof Skowroński usłyszał komunikat w radiu. Dziwny raczej. - Otóż jakieś Radio Gazeta (pierwsza nazwa Radia Zet) poszukiwało dziennikarzy - wspomina Skowroński. - Do dziś nie wiem, dlaczego o godzinie 15 nie byłem na uniwersytecie, tylko w domu, i słuchałem radia. Ale od tego się zaczęło. Nie bardzo wiedziałem, co to takiego Radio Gazeta. Ludzie będą siedzieć w studiu i czytać gazety? Przecież to idiotyczne. Wreszcie poszedłem zobaczyć, co to takiego ten nabór do radia. Spóźniłem się, ale w drodze wyjątku dano mi jakąś depeszę o Jelcynie do zredagowania. A że mój umysł nie był skażony dziennikarstwem, depesza spodobała się. Przyjęto mnie. I tak zostałem dziennikarzem Radia Zet.
Jednak z tym radiem rozstał się po dziesięciu latach. Powodem była jego zbytnia komercjalizacja. Redukowanie słowa i bazowanie tylko na muzyce. Wraz z nim odeszło jeszcze kilku innych dziennikarzy. Podobnie jak z radiowej „Trójki”, skąd wyrzucono go po trzech latach dyrektorowania, przy wielkim aplauzie lewicowych mediów. Zarzucano mu „dyktatorski sposób bycia”, a także... nadużycia finansowe. Zarówno jedno, jak i drugie okazało się wierutnym kłamstwem.
Jego programy radiowe i później telewizyjne przyciągały wielu widzów. Zarówno w telewizji publicznej, jak i w - wówczas katolickiej - telewizji „Puls”. Przez rok prowadził też talk-show w telewizji „Polsat” pt. „Czarny pies i biały kot”. Jak mówi, nabierał tam doświadczenia jako showman. Po praktyce w „obcych” mediach wraz kilkoma osobami postanowił założyć własne radio internetowe. - Z czasem moje doświadczenia dziennikarskie zaczęły przekładać się na moje życie wewnętrzne - mówi Krzysztof Skowroński. - I cieszy mnie, że pracuję w wolnych mediach. Że nikt mnie nie cenzuruje. Że kraj jest niepodległy i mogę uprawiać niezależne, zgodne z prawdą dziennikarstwo. Czuję się wolny.

2011-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Nikaragua: nie było o nim wieści od czerwca, władze opublikowały wideo z zaginionym biskupem

2026-08-14 16:26

[ TEMATY ]

Nikaragua

prześladowanie chrześcijan

Adobe Stock

Przez półtora miesiąca nie było żadnych wieści na temat bp. Juana Abelardo Maty. Władze odmawiały podania informacji na temat miejsca pobytu duchownego i jego stanu zdrowia. Teraz w rządowych mediach pojawiło się nagranie, w którym uwięziony biskup mówi: „Dziękuję, czuję się dobrze”.

Przez ten czas nie było żadnych informacji na temat zaginionego biskupa. Rząd wprawdzie ogłosił 4 lipca, że został on odesłany do domu po przesłuchaniu dotyczącym pochodzenia niektórych jego aktywów finansowych oraz domniemanych powiązań rodzinnych uznanych za niezgodne ze „stanem kapłańskim”. Wersja ta została zakwestionowana przez organizacje praw człowieka, które potępiły arbitralność zatrzymania. Do momentu opublikowania nagrania nie było możliwe niezależne zweryfikowanie miejsca pobytu emerytowany biskupa Estelí ani stanu jego zdrowia. Na nagraniu rozpowszechnionym w rządowych mediach widać, że hierarcha znajduje się w swoim domu. W swej wypowiedzi nie odnosi się on do swej półtoramiesięcznej nieobecności. Zapewnia jedynie, że czuje się dobrze.
CZYTAJ DALEJ

Abp Wacław Depo na Jasnej Górze: Nie dajmy się podzielić! Kościół jest naszym domem i Matką

2026-08-14 14:24

[ TEMATY ]

Jasna Góra

abp Wacław Depo

czuwanie

Karol Porwich/Niedziela

Abp Wacław Depo

Abp Wacław Depo

Jak co miesiąc, w nocy z 11 na 12 sierpnia, Archidiecezja Częstochowska trwała na całonocnym czuwaniu w Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej na Jasnej Górze. Centralnym punktem modlitwy była nocna Msza św., której przewodniczył i homilię wygłosił abp Wacław Depo, metropolita częstochowski.

Zgromadzonych w jasnogórskim sanktuarium pielgrzymów oraz osoby życia konsekrowanego i kapłanów ksiądz arcybiskup powitał słowami podkreślającymi rolę Maryi jako Przewodniczki na drogach wiary:
CZYTAJ DALEJ

Najwyższe na świecie figury Maryi

2026-08-14 20:55

[ TEMATY ]

Maryja

figura

pexels.com

Jutro w polskiej wsi Konotopie zostanie poświęcona ogromnych rozmiarów figura Matki Bożej Miłosiernej. Monument ma ponad 55,6 metrów wysokości. Sama figura mierzy 40,6 metra, a jej podstawa w kształcie korony - 15 metrów. Tym samym będzie to najwyższy tego typu pomnik w Europie.

Dotychczas (od 2003 roku) najwyższą na naszym kontynencie była 31-metrowa figura Świętej Bogurodzicy w bułgarskim mieście Chaskowo. Tuż za nią plasowała się 30-metrowa statua Matki Bożej Najświętszego Serca w pobliżu miasteczka Miribel koło Lyonu, we Francji, zbudowana w latach 1938-1941.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję