Wielu ludzi zapomniało, czym jest pomoc sąsiedzka, czym jest bezinteresowna pomoc drugiemu człowiekowi. Przychodzą, mówią, że będą pomagać. Powolutku wychodzi na jaw, że to nie bezinteresowność kierowała nimi - chcą, aby sprzedać im dom… Ktoś zwrócił uwagę na fragment mego listu w „Niedzieli”. Napisał do mnie pan, mieszka dość daleko ode mnie. Po mojej odpowiedzi natychmiast chce spotkania! Tego zupełnie nie chciałam. Myślałam tylko o korespondencji. Obawiam się nieoczekiwanych wizyt. Nie wiem, jak się sytuacja rozwinie. Czy w ogóle korespondować dalej? Wierna Czytelniczka
Kilka zdań, a wiele tematów i spraw. No i sprowadzają się one głównie do celu nawiązywania korespondencji przez naszą rubrykę. A tych celów jest tyle, ile osób! Jeden chce wymienić myśli, opinie. Inny pragnie poznać kogoś. A jeszcze inny po prostu szuka drugiego człowieka. Jak już kiedyś pisałam, gdybym sama miała dać ogłoszenie do rubryki korespondencyjnej, doprawdy nie wiedziałabym, co o sobie napisać. To takie trudne! Pod wieloma listami i ja mogłabym się podpisać, ale przecież to nie jest cała prawda o mnie. Ale też całej prawdy wyrazić nie sposób, nie da rady! Więc zderzają się te nasze „zapotrzebowania”, oczekiwania i nadzieje i nie zawsze potrafimy się porozumieć. A czasami nawet nie chcemy dać sobie szansy. Po pierwszej wymianie zarzucamy dany kontakt. A gdybyśmy dali więcej czasu jakiejś osobie, często byśmy się przekonali, że za nieudolną składnią i za błędami ortograficznymi kryje się wrażliwa dusza i człowiek odpowiedzialny, godny zaufania. Zdarza się też, że nawet wyższe wykształcenie nie daje gwarancji na wyższy poziom człowieczeństwa.
Akurat osoba, o której pisze nasza Czytelniczka, jest mi znana, nawet osobiście. I nic złego Autorki listu na pewno nie spotka z jej strony. Tylko pewnie te osoby mówią do siebie jakby dwoma językami. Trzeba wszystko przełożyć na wspólny język, tak aby się wzajemnie zrozumieć.
Dajmy sobie szansę!
Eksplozja rakiety Ch-101 w Tarnawie-Kolonii ujawniła Rosjanom uśpienie naszych systemów obrony – mówi PAP gen. rez. Jarosław Kraszewski. Według niego pociski zmierzające w kierunku Polski najlepiej byłoby niszczyć jeszcze nad Ukrainą, problem w tym, że Rosja mogłaby to potraktować jako bezpośrednie włączenie się Polski do wojny.
W pobliżu miejscowości Tarnawa-Kolonia w województwie lubelskim 30 lipca spadła rosyjska rakieta manewrująca Ch-101. Do zdarzenia doszło w czasie zmasowanego rosyjskiego ataku na zachodnią Ukrainę. Najpierw o godz. 3.40 w polskiej przestrzeni powietrznej wykryto niezidentyfikowany obiekt, który następnie był śledzony przez wojsko. Jak ustalono, rakieta zawierała materiał wybuchowy „w znacznej ilości”. Niestety, nie w każdym przygranicznym powiecie zawyły syreny alarmujące ludność o zagrożeniu (stało się tak tylko w 10 na 17 powiatów), a nawet jeśli syreny zawyły, to mieszkańcy nie reagowali prawidłowo. O ocenę sytuacji PAP poprosiła byłego dowódcy Wojsk Rakietowych i Artylerii gen. rez. Jarosława Kraszewskiego. Nasz rozmówca wskazuje nie tylko, kto i co zawiodło, ale również mówi, co należy zrobić, by więcej nie doszło do takiej sytuacji. Tłumaczy też m.in., dlaczego Polska nie może zestrzeliwać rosyjskich rakiet, które znajdą się niebezpiecznie blisko granicy ukraińsko-polskiej, już nad terytorium Ukrainy.
Są zdania, które w rodzinie bolą bardziej niż kłótnia o pieniądze, wybór studiów czy decyzja o wyjeździe za granicę: nie chodzę już do kościoła”, „nie wierzę tak jak wy”, „Kościół mnie nie przekonuje”, „nie chcę o tym rozmawiać”….
Dla wierzących rodziców takie słowa nie są jedynie informacją o zmianie poglądów, ale dotykają one samego rdzenia religijnego życia: chrztu, modlitwy przy łóżku dziecka, pierwszej komunii, rodzinnych świat, niedzielnej eucharystii, pacierza, krzyża na ścianie czy też w końcu nadziei zbawienia.
Do momentu przejęcia mediów publicznych przez rząd Donalda Tuska przez pół roku odpowiadałem za TVP Info, w tym za programy publicystyczne, czyli też te, do których zapraszani byli politycy. Wspominam ten czas, bo miałem okazję naocznie zobaczyć jak wyglądała polityka medialna ówcześnie rządzącej partii, Prawo i Sprawiedliwość. To, co najmocniej rzuciło mi się w oczy, to strach przed konfrontacją. Nie będę wymieniał nazwisk, bo nie o to chodzi, tylko powiem o zjawisku. Za każdym razem gdy była okazja, by w tzw. prime-timie zetrzeć się z poglądami albo kłamstwami obozu Donalda Tuska, politycy tej partii unikali tego jak ognia. Im „ważniejszy” polityk, tym większa obawa i przekonanie, że on to się do takiego starcia „schylał” nie będzie.
Dlaczego dziś sobie o tym przypomniałem? Ano dlatego, że od zmiany władzy w Polsce minęło ponad 2,5 roku, a wciąż nie widzę w obozie Prawa i Sprawiedliwości chęci, by iść w teren i ścierać się z oponentem. Merytorycznie, z uczciwymi argumentami i prawdą, iść i się „bić”. Co mamy zamiast tego? Kolejne tygodnie dyskusji o stołkach, w tym o najważniejszym, czyli premierowskim. Jesteśmy po kolejnych przeciekach medialnych o wymianie prof. Przemysława Czarnka na kogoś innego. Może Tobiasz Bocheński, a może Zbigniew Bogucki? Prezes PiS Jarosław Kaczyński zaprzecza, jednak faktem jest, że politycy PiS o tym cały czas mówią. Wiem, bo sam od nich to słyszę.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.