Przełom sierpnia i września to dla większości uczniów i nauczycieli czas przygotowań do nowego roku szkolnego. Dla nauczycieli religii w Warszawie jest to jednak także okres niepewności, narastającego stresu i poczucia marginalizacji.
Uczę religii od 21 lat i znam tę rzeczywistość od podszewki. Opatrznościowo pod koniec pandemii ukończyłem studia podyplomowe z informatyki. Dzięki temu, gdy w ubiegłym roku ograniczono liczbę godzin religii, mogłem przejąć lekcje informatyki, pozostawiając etaty kolegom katechetom.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Niestety, nie we wszystkich warszawskich szkołach sytuacja ułożyła się tak pomyślnie. Gdy rozmawiam z moimi kolegami z innych placówek, z naszych dyskusji wyłania się dramatyczny głos środowiska, które walczy o należne miejsce religii w polskiej szkole.
Masowe zwolnienia i organizacyjny tor przeszkód
Pierwszym i najdotkliwszym skutkiem decyzji MEN jest utrata pracy przez tysiące z nas. Z oficjalnych danych, które Barbara Nowacka przekazała niedawno Rzecznikowi Praw Obywatelskich, wynika, że w zeszłym roku szkolnym liczba nauczycieli religii w całej Polsce drastycznie spadła z 27 393 do 22 876. W efekcie pracę straciło ponad 4,5 tys. wykwalifikowanych katechetów.
Reklama
I choć pani minister przekonuje, że obniżenie wymiaru zajęć „nie spowodowało masowych zwolnień nauczycieli religii”, rzeczywistość na szkolnych korytarzach całkowicie przeczy jej słowom. Trudno bowiem uznać utratę ponad 4,5 tys. miejsc pracy w tak krótkim czasie za zjawisko niemasowe. Środowisko katechetów patrzy na to z ogromnym niepokojem. Sam wielokrotnie publicznie podkreślałem, że te 4517 zwolnionych osób to jedynie wierzchołek góry lodowej. Z moich obserwacji wynika, że co najmniej drugie tyle osób zostało wypchniętych z zawodu z powodów, których nie widać gołym okiem w ministerialnych statystykach. Są to m.in. praca poniżej kwalifikacji, czyli tzw. ukryte bezrobocie, urlop dla poratowania zdrowia lub wcześniejsza emerytura czy świadczenie kompensacyjne. Za każdą z tych decyzji kryją się konkretni nauczyciele, ich rodziny oraz uczniowie, którzy z dnia na dzień zostali pozbawieni doświadczonych pedagogów.
Boli to tym bardziej, że przecież w lipcu 2025 r. Trybunał Konstytucyjny wprost orzekł niekonstytucyjność wspomnianego rozporządzenia MEN. Decyzje uderzające w katechetów wprowadzono jednostronnie, bez odpowiedniego uzgodnienia ich z Kościołami i związkami wyznaniowymi. Złamano w ten sposób zapisaną w Konstytucji RP zasadę konsensualnego regulowania relacji państwa z Kościołami, a także zapisy ustawy o systemie oświaty oraz Konkordatu. Do dziś skutki tego orzeczenia nie zostały uwzględnione w praktyce funkcjonowania systemu oświaty.
Ci z nas, którym udało się pozostać w szkole, mierzą się dziś z gigantycznym chaosem organizacyjnym. Gdy rozmawiam z kolegami po fachu, słyszę, z jak karkołomnym łączeniem klas i koniecznością pracy w kilku placówkach muszą się mierzyć. Jeden ze znajomych powiedział mi: – W jednej szkole mam jedną lub dwie godziny rano, potem wypada mi kilka okienek i jadę na kolejne lekcje do drugiej szkoły. Od innej katechetki usłyszałem gorzkie słowa: – Każdy dzień to okienka, co niesamowicie wydłuża czas pracy. Po tylu latach odczuwam absolutny brak stabilizacji. Sytuację pogarsza celowe wypychanie lekcji na margines planu. Z ust przemęczonych kolegów padają retoryczne pytania: – Ostatnia lekcja kończy się nierzadko po godz. 17.00. Jak młodzież, która dojeżdża kilkanaście kilometrów, ma uczestniczyć w katechezie, kiedy zimą o tej porze jest już po prostu ciemno?
Oceny, średnia i pusto w ławkach
Reklama
Rewolucja organizacyjna w planie lekcji idzie w parze ze zmianami w systemie oceniania. Brak wliczania oceny z religii do średniej zdemotywował wielu uczniów. Katecheci z żalem przyznają, że część młodzieży wprost deklaruje: – Nie warto chodzić na religię, bo to się do niczego nie liczy. Bardzo wiele zależy tu jednak od domu rodzinnego. Gdy w świadomości rodziców religia jest ważna, dziecko jest na niej obecne i zaangażowane. Jeśli rodzicowi zależy mniej, z byle powodu zwalnia córkę lub syna z ostatniej lekcji.
Rzadko, ale jednak można odnaleźć też dobre strony zmian. Wydaje się, że motywacje uczniów stały się o wiele bardziej czyste. Ci, którzy w tak niełatwym czasie wciąż decydują się na udział w lekcjach religii, to niezwykle dojrzali i wartościowi młodzi ludzie, doskonale wiedzący, na jakim fundamencie chcą budować swoje życie. To młodzież przychodząca na katechezę z wewnętrznego przekonania i głębokiej potrzeby duchowej, a nie dla lepszej średniej na świadectwie.
Samotność w cyfrowym tłumie
Puste ławki w salach nie oznaczają, że młodzi ludzie przestali potrzebować przewodników. Z codziennych doświadczeń katechetów przebija obraz głębokiego kryzysu młodzieży: przejmująca samotność, kryzysy psychiczne, uzależnienia cyfrowe, brak autorytetów i zagubienie aksjologiczne.
Jeden z moich kolegów podzielił się ostatnio taką refleksją: – Mam wśród uczniów dzieci po stracie jednego z rodziców. Ze zwykłej obserwacji widzę, że te, które doświadczyły śmierci ojca lub matki, psychicznie radzą sobie paradoksalnie lepiej niż te, które usłyszały od wciąż żyjących rodziców: „my już nie mieszkamy razem”. Lekcje religii dla wielu młodych stały się jedyną bezpieczną przystanią, gdzie mogą bez oceniania porozmawiać o sensie życia.
Co traci szkoła, pozbywając się Boga?
Reklama
Warto się zastanowić, co straci polska szkoła, kiedy nadejdzie taki dzień, gdy zabraknie religii. Odcięcie od wartości chrześcijańskich będzie ciosem w elementarne wykształcenie. Szkoła będzie coraz skuteczniej przygotowywać specjalistów, a jednocześnie coraz słabiej wychowywać ludzi zdolnych do odpowiedzialnych wyborów moralnych. Koledzy poloniści już dziś sygnalizują, że bez odwołań do Biblii i roli Kościoła na przestrzeni wieków, uczniowie nie są w stanie rozumieć omawianych lektur. Bez solidnej edukacji religijnej młode pokolenie zostaje pozbawione kontaktu z własnym dziedzictwem kulturowym i religijnym.
Dzisiejsze zmagania nauczycieli religii do złudzenia przypominają najtrudniejsze karty historii Polski, kiedy to właśnie wiara pozwalała przetrwać najcięższe próby. Jak proroczo mówił sługa Boży kard. August Hlond, prymas Polski: „Nie zginęłaś Polsko, bo nie umarł Bóg”. Te słowa brzmią dziś nader aktualnie – przetrwanie narodu w jego tożsamości zależy od przekazu wiary kolejnym pokoleniom.
Paradoksalnie wielu katechetów dostrzega również dobro rodzące się pośród tych doświadczeń. Mniejsze grupy sprzyjają głębszym rozmowom, a uczniowie pozostający na lekcjach religii coraz częściej przychodzą z własnego wyboru. Katecheza staje się miejscem autentycznego dialogu, w którym młodzi nie szukają łatwych odpowiedzi, lecz sensu życia, nadziei i trwałych wartości.
Wołanie o wsparcie i solidarność
Wśród warszawskich katechetów jest coraz większe poczucie bezradności i osamotnienia. – Czuję się czasem jak kula u nogi, intruz w pokoju nauczycielskim – wyznał mi niedawno kolega uczący w technikum. Uwagę zwraca również obojętność rodziców, dla których religia to często jedynie formalność przed bierzmowaniem.
W tej trudnej codzienności bardzo ważne jest wsparcie – zarówno systemowe, jak i społeczne. Gdy pytam kolegów, czego potrzebują dziś najbardziej, wskazują na pilną potrzebę umocowania religii w prawie oświatowym. Ktoś z nadzieją zauważył, że walka z katechezą może posłużyć jej umocnieniu dzięki oddolnym inicjatywom rodziców. Wierzymy, że powiedzą stanowczo: „Non possumus!” wobec rozwiązań naruszających ich prawa do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Przede wszystkim jednak prosimy o międzyludzką solidarność, modlitwę oraz wsparcie ze strony proboszczów i hierarchii kościelnej. Potrzebujemy, by duszpasterze nieustannie przypominali z ambon, że katecheci to dziś jedni z najważniejszych sprzymierzeńców rodziny w dziele wychowania.
Autor jest nauczycielem religii i informatyki w IX LO w Warszawie
