Nigdy nie liczyłem hoteli, w których przyszło mi nocować. Może było ich kilkaset, może więcej, ale ta rachuba nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Człowiek nie mierzy podróży liczbą paszportowych stempli ani ilością zużytych walizek. Pamięta się zapachy, światło o świcie, skrzypnięcie starej podłogi, twarz portiera, który otwiera drzwi tak, jakby wpuszczał nie do pokoju, lecz do minionej epoki. Są hotele, które znikają z pamięci następnego ranka, i są takie, które zostają w człowieku na zawsze, jak krajobraz, głos albo melodia usłyszana kiedyś przypadkiem.
Maszyny do spania
Najbardziej nieufnie odnosiłem się zawsze do hoteli bez facjaty. Do tych współczesnych, lśniących, doskonale zorganizowanych „maszyn” do spania, gdzie można obudzić się w Tokio, Toronto albo Amsterdamie i przez pierwsze minuty nie wiedzieć, w jakiej części świata się człowiek znajduje. Ten sam zapach klimatyzacji, ten sam dywan, ten sam bar, ten sam uśmiech personelu wyuczony na szkoleniu. Wystarczy wyjść na ulicę, żeby dopiero tam odnaleźć kraj, miasto, kontynent. A przecież dobry hotel powinien być pierwszym przewodnikiem. Powinien mówić, zanim przemówią mapy i muzea.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Hotele legendy
Reklama
Może dlatego tak silnie działały na mnie stare hotele kolonialne. Nie dlatego, że tęsknię za kolonializmem, bo był to system przemocy, chciwości i pychy, lecz dlatego, że niektóre jego architektoniczne resztki, paradoksalnie, przechowały atmosferę świata, którego już nie ma. W tych budynkach historia nie została zamknięta w gablocie. Ona wciąż unosi się w powietrzu, przysiada na rattanowych fotelach, czai się w półmroku korytarzy, odbija w matowych lustrach, których nie wymieniono tylko dlatego, że ktoś zrozumiał ich milczącą wartość.
Kiedy po latach wróciłem do Sajgonu, którego nowej nazwy nigdy nie potrafiłem przyjąć za własną, wiedziałem, że jeśli mam naprawdę zobaczyć to miasto raz jeszcze, muszę zatrzymać się w Continentalu. Nie był to już ten sam hotel, który pamiętałem z dawnych podróży, ale czy my sami jesteśmy tacy sami po 30 albo 40 latach? Continental miał swoje zmarszczki. Nie wszystko działało bez zarzutu, nie każdy szczegół przetrwał próbę czasu, ale właśnie w tym było coś prawdziwego. Drzwi nie tłumiły zgiełku ulicy, krzesła były ciężkie i niewygodne, światło – nieco za słabe, a w powietrzu unosił się ten trudny do nazwania zapach staroci, kurzu, drewna i tropikalnej wilgoci.
Na tarasie piłem herbatę w cieniu frangipani, tak starych, jakby rosły tu od początku świata. Można było sobie wyobrazić korespondentów wojennych, którzy w przerwach między jedną depeszą a drugą obserwowali ulicę, udając, że są tylko gośćmi hotelowymi, choć przecież każdy z nich nosił w sobie lęk frontu. W takich miejscach literatura miesza się z gazetą, a reportaż z powieścią. Graham Greene nie musiał wiele wymyślać. Wystarczyło patrzeć.
Reklama
Linda, która ma oko do szczegółów i nie daje się łatwo uwieść legendzie, zauważyła, że hotel jest trochę zaniedbany. Miała rację. Ja jednak widziałem w tym zaniedbaniu nie tyle wadę, ile resztkę autentyzmu. W epoce, w której wszystko się odnawia, wygładza i dopasowuje do katalogu luksusu, niedoskonałość bywa ostatnim dowodem życia. Luksus bez pamięci jest tylko drogą tapicerką.
Cudownie ocalony
Podobne uczucie towarzyszyło mi w Singapurze, w Rafflesie, który od dawna funkcjonuje bardziej jako mit niż jako hotel. Pamiętałem go z czasów, gdy przez kilka dni czekałem tam na statek. Miasto już wtedy rosło pionowo, z energią państwa, które postanowiło odnieść sukces za wszelką cenę. Na tle nowych wież kolonialny budynek wyglądał jak tratwa z innego wieku, cudownie ocalona z powodzi szkła, betonu i bezwzględnej nowoczesności.
Raffles miał w sobie coś teatralnego, ale był to teatr wysokiej próby. Białe arkady, tropikalna zieleń, cienie wentylatorów, lokaje poruszający się z dyskrecją ludzi, którzy wiedzą, że obsługa jest sztuką, a nie czynnością. W Long Barze, gdzie narodził się Singapore Sling, można było poczuć, że legenda również wymaga pielęgnacji. Wolno tam rzucać skorupy orzechów na podłogę, co w Singapurze, kraju porządku niemal metafizycznego, brzmi jak akt małej anarchii. Ale właśnie takie drobiazgi budują charakter miejsca.
Goście, goście
Reklama
Stare hotele Azji są pełne nazwisk. Przewijali się przez nie pisarze, aktorzy, politycy, awanturnicy, kupcy, agenci wywiadu, wdowy po imperiach i młodzi reporterzy przekonani, że ich notatnik ocali świat przed zapomnieniem. W Oriental w Bangkoku bywali ludzie, których fotografie wiszą dziś na ścianach jak ikony świeckiej religii podróży. Ale dla mnie najważniejsze nie były nazwiska. Ważniejsze były rzeka Chao Phraya, zapach hibiskusa i bugenwilli, wiklinowe fotele, poranna herbata i świadomość, że za bramą hotelu pulsuje Bangkok – hałaśliwy, lepki, duszny, nieokiełznany.
Znaki czasu
Oriental znałem z 1996 r., kiedy obchodził swoje 120. urodziny, a ja przebywałem wówczas w Bangkoku jako wysłannik mediolańskiej gazety. Teraz wchodził w rachubę tylko on. Kiedy po latach taksówkarz uparcie poprawiał mnie, mówiąc „Mandarin”, poczułem coś w rodzaju ukłucia. Niby drobiazg, zwykła zmiana właścicielska, znak globalnej ekonomii. A jednak w podróży takie drobiazgi mają znaczenie. Nazwa jest jak twarz. Można ją odświeżyć, można wpisać do nowej sieci, można otoczyć marketingiem, ale coś nieuchwytnie znika.
W Rangunie, w Strandzie, czas płynął inaczej. Kiedyś przed hotelem stały stare samochody, jakby ktoś przeniósł je z kroniki filmowej. Budynek był zmęczony, podobnie jak kraj przez lata odcięty od świata. Birma, późniejszy Myanmar, miała w sobie wtedy smutek miejsca pięknego i poranionego. Strand nie błyszczał już dawną świetnością, ale jego podupadły urok mówił więcej niż niejedna perfekcyjna fasada. Po remoncie odzyskał elegancję, lecz ja czasem się zastanawiam, czy odnowione miejsca nie płacą za swój blask utratą części duszy.
To pytanie wracało podczas naszej późnej, luksusowej podróży po Azji Południowo-Wschodniej, którą odbyłem z Lindą, gdy uznałem, że czas ekstremalnych wypraw musi ustąpić miejsca innemu rodzajowi wędrówki.
Reklama
Moja fascynacja Orientem nie była nigdy chwilową modą ani egzotyczną dekoracją do życiorysu. Zaczęła się bardzo wcześnie, jeszcze w dzieciństwie, od lektur, map i marzeń o miejscach, których nazwy brzmiały jak zaklęcia. Kiedy tam dotarłem, poznałem świat bardziej zmysłowy, cierpliwy, pełen symboli, zapachów, rytuałów i niedopowiedzeń.
Przez lata ryzykowałem zbyt wiele i zbyt często nie było mnie tam, gdzie powinienem być. Ta podróż miała być nie tylko powrotem do Orientu, lecz także spłatą długu wobec najbliższej osoby. Wybraliśmy więc wariant kolonialny: hotele z historią, miejsca z legendą, komfort, ale nie ten zimny i bezosobowy, tylko podszyty pamięcią.
Nie ukrywam, że było w tym trochę sentymentalizmu. Człowiek w pewnym wieku zaczyna podróżować podwójnie: do miejsc rzeczywistych i do własnych wspomnień. Patrzy na taras hotelowy i widzi siebie sprzed pół wieku. Słyszy dźwięk lodu w szklance i przypomina sobie redakcje, depesze, lotniska, statki, granice, których już nie ma, i paszporty pełne wiz, które dzisiaj wyglądają jak dokumenty z innej cywilizacji.
Emocje i przemijanie
Są miejsca, które pomagają przechować prawdę emocji. Kolonialne hotele, mimo całej dwuznaczności swojej genezy, należą właśnie do nich. Mają swoje przypisy, wyblakłe fotografie, bohaterów pierwszego i drugiego planu. Dla jednych są tylko dekoracją, dla mnie bywają kronikami nastroju, starych wentylatorów, rattanowych foteli czy skrzypienia podłogi i cienia palm. To wszystko zostaje w pamięci na lata.
Nie ma już tamtego Orientu, który mnie kiedyś zaczarował. A może nigdy go nie było w takiej postaci, w jakiej go zapamiętałem. Podróżnik jest przecież zawsze współautorem oglądanego świata. Dopowiada, wybiera, idealizuje, czasem nie dostrzega tego, co niewygodne.
reporter, eksplorator
* śródtytuły pochodzą od redakcji.
