Ks. Jarosław Grabowski: Czy Ojciec czuje na plecach oddech historii? Co dla Ojca oznacza fakt, że jest 132. przeorem w dziejach jasnogórskiego klasztoru?
O. Grzegorz Prus: Oczywiście, jako historyk mam świadomość tej niesamowitej spuścizny, na co dzień jednak nie myśli się aż tak historycznie, bo nie pozwala na to ilość bieżących spraw do załatwienia. Muszę skupić się maksymalnie na realizacji swoich obowiązków i funkcjonować w trybie zadaniowym. Mój poprzednik o. Samuel Pacholski zauważył, że ze zmianą przeora na Jasnej Górze jest trochę jak ze zmianą kierownika pociągu. Pociąg jedzie i w biegu odbywa się zmiana jego kierownika. Nie ma możliwości, żeby się zatrzymać, dokonać jakiejś spokojnej podmiany itd., bo pociąg się nie zatrzymuje. Podobnie jest ze zmianą przeora – odbywa się to w trakcie funkcjonowania sanktuarium, życia wspólnoty, roku liturgicznego. Kiedy ta zmiana była już oficjalnie zapowiedziana przez ojca generała, przed podjęciem urzędu musiałem odbyć szereg spotkań z moim poprzednikiem, który przekazał mi to, o czym powinienem wiedzieć, jak to wszystko funkcjonuje. Musiałem też znaleźć sobie bezpośrednich współpracowników, czyli kandydatów na podprzeorów. Dodatkowo jestem wciąż definitorem generalnym i mam zadania dotyczące całego zakonu. A zatem jest dosyć dynamicznie. Na refleksję jeszcze przyjdzie czas.
Reklama
Funkcja przeora wymaga skupienia się na bieżących zadaniach, ale ze świadomością dziejowej przeszłości...
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Trochę tak. To ogromny zaszczyt, a jednocześnie ogromna odpowiedzialność. Jak się człowiek zastanowi, gdzie się znalazł, to może go to przyprawić o zawrót głowy... Kiedy patrzy się z dystansu, wszystko wydaje się łatwe, ale teraz coraz wyraźniej widzę, ile wysiłku kosztuje przyjęcie na siebie tylu obowiązków. Przyznam, że jestem pod wrażeniem tego, jak moi poprzednicy dawali sobie z tym zadaniem radę.
Miałem już wielki zaszczyt być przeorem Klasztoru na Skałce w Krakowie i rektorem paulińskiego seminarium – to też była wielka sprawa i wielka odpowiedzialność. Gdy mieszkałem w Krakowie i nieraz patrzyłem na klasztor jakby z boku, np. podczas spaceru, to budziła się we mnie taka refleksja: „odpowiadam za to!”. Ale przeor nie może skupiać się na sobie. Gdy stoję przed Matką Bożą w Kaplicy Cudownego Obrazu, to skupiam się na Niej, a nie na tym, że jestem jasnogórskim przeorem. Oczywiście, istnieje też niebezpieczeństwo megalomanii: „mój Boże, do jakiego zaszczytu doszedłem!”, ale mocno się pilnuję, by nie wejść na tę drogę. Przecież przeor to po prostu zakonnik, który ma na tym stanowisku służyć. Mam też świadomość, że ten etap to tylko odcinek czasu, który kiedyś się skończy.
Reklama
A czy myśli Ojciec czasem o tym, że po tych samych korytarzach sanktuarium chodzili Jego wybitni poprzednicy? Być może któryś z nich miał bezpośredni wpływ na życiowe decyzje Ojca?
Takich nietuzinkowych postaci, i to nie tylko przeorów jasnogórskich, było wiele. Na mnie jako kleryka czy młodego zakonnika wpływ miało wielu ojców i braci. Niektórzy z nich żyją nadal, inni już odeszli do wieczności. Gdybym miał wskazać ojców wyjątkowych ze względu np. na ich umiejętność radzenia sobie w trudnych czasach, na pewno wymieniłbym o. Jerzego Tomzińskiego, ale też np. o. Piotra Markiewicza. Imponuje mi też postawa podprzeora i generała o. Piusa Przeździeckiego. Szczególnymi postaciami są dla mnie o. generał Alojzy Wrzalik, którego bardzo cenił kard. Stefan Wyszyński, a także o. Paweł Kosiak, mariolog, oraz o. Józef Płatek – chodząca legenda. Nie wszyscy byli przeorami, ale wszyscy zostawili mocny ślad w dziejach zakonu. Mamy wielu naprawdę wspaniałych paulinówi w naszej historii.
Ojca Augustyna Kordeckiego nazywa się „obrońcą Jasnej Góry”. Czy dziś przeor też powinien być obrońcą sanktuarium? Już nie przed Szwedami, ale np. przed ludźmi, którzy ostentacyjnie odrzucają naukę Kościoła, albo przed politykami, którzy traktują Jasną Górę jak mównicę na wiecu wyborczym?
Reklama
Nie chciałbym stawiać siebie w pozycji obrońcy, bo to by sugerowało, że ktoś będzie mnie atakował. Jeżeli jednak dojdzie do jakiejś konfrontacji, trzeba będzie dostosować sposób działania do sytuacji. Myślę, że potrzeba tu dużo roztropności, pewnego dystansu i pokory. A do tego trzeba być stanowczym i jasno określać pewne granice, chociażby właśnie wobec osób, które mogłyby próbować zaistnieć tutaj, na Jasnej Górze, w taki sposób, który nie jest odpowiedni do tego miejsca. Generalnie jestem przeciwny temu, żeby politycy z jakiejkolwiek opcji prowadzili tutaj jakiś rodzaj agitacji politycznej. Dobrze by było, żebyśmy na Jasnej Górze zachowali wolność od przemówień. Jedynym wyjątkiem może być prezydent Rzeczypospolitej, co wynika z tradycji.
Co do osób, które otwarcie sprzeciwiają się nauczaniu Kościoła, można zapytać: po co mają się one tutaj pojawiać? Jeżeli ktoś przyjeżdża na Jasną Górę po to, żeby się wylansować, coś zamanifestować, a nie pomodlić się, to niech się wcześniej zastanowi, bo na pewne postawy czy zachowania się nie zgodzimy. Nie zależy mi natomiast na konfrontacji czy jakichś wzajemnych walkach. Generalnie jednak sanktuarium jasnogórskie jest otwarte dla wszystkich.
Jasna Góra to nie tylko najsłynniejsze polskie sanktuarium, to też największy pauliński dom zakonny. Jego przeor zarządza prawie setką zakonników. Jak łączy Ojciec oba te zadania?
Reklama
Mamy tutaj podział kompetencji. Duszpasterstwem, ściśle rzecz biorąc, kieruje kustosz Jasnej Góry. W wielu sanktuariach przeor jest jednocześnie kustoszem, ale nie na Jasnej Górze. U nas kustosz we współpracy z przeorem ustala swoje działania – czyli zajmuje się koordynacją, organizacją całości duszpasterstwa. Dobrze jest, jak się wzajemnie uzupełniają, wspierają. Tak to w ostatnich latach funkcjonowało i chcę, żeby tak było nadal. Jeśli natomiast chodzi o funkcje wewnątrz wspólnoty zakonnej, to przeor decyduje o bardzo wielu rzeczach, często też tych prozaicznych. Oczywiście, są ojcowie, którzy koordynują część zadań, ale to przeor jest pewnym zwornikiem i do niego ostatecznie trafia wiele spraw. Przeor pełni także funkcję reprezentacyjną.
Jasna Góra to pielgrzymi. Chodził Ojciec na pielgrzymki?
Oczywiście, i jako osoba świecka, i jako zakonnik. Pierwszy raz szedłem w pielgrzymce warszawskiej jako 11-latek w 1984 r. Niezapomnianym doświadczeniem było pielgrzymowanie z moim ojcem. I to za rękę, noga w nogę. Nie każdy chłopak ma takie doświadczenie, że słyszał, jak jego ojciec śpiewa pieśń pielgrzymkową albo odmawia modlitwę...
To na pielgrzymce warszawskiej znalazłem w sobie odwagę, żeby w ogóle podejść do paulina i z nim porozmawiać. Zawsze imponowała mi posługa kapłanów na pielgrzymce, ich zaangażowanie duszpasterskie. Wiele się od nich nauczyłem. Potem, kiedy już sam byłem przewodnikiem, niektóre rzeczy starałem się realizować podobnie.
Czy po 31 latach bycia paulinem może Ojciec powiedzieć, że jest na właściwej drodze?
Jestem przekonany o słuszności tej drogi i jestem na tej drodze szczęśliwy. Oczywiście, zawsze są jakieś trudności, przeciwności, ale dominuje poczucie, że jestem we właściwym miejscu.
Reklama
Myślałem o tym, że być może moje dotychczasowe doświadczenie w zakonie było jakimś przygotowaniem do zadania, które teraz dostałem – obojętnie, ile lat będzie ono trwało. Potem, jak Pan Bóg da, będą kolejne etapy mojego życia... Bo w zakonie niezależnie od tego, co się robiło, wraca się do szeregu. Przestaje się być przełożonym. Nawiasem mówiąc, jest to bardzo przyjemny moment. Już raz to przeżywałem, kiedy kończyłem urząd w Krakowie.
Czego Ojciec sam sobie życzy u progu tak wymagającej posługi?
Chciałbym po prostu wykonać to, co do mnie należy. Nikogo nie zawieść, wypełnić dobrze tę misję, skończyć ją i przekazać następnemu ojcu. I tyle. Jeśli to się uda, to moja misja będzie spełniona.
