Z własnego doświadczenia wiem, że bycie twórcą czy muzykiem artystą to w dużej mierze konieczność podążania z repertuarowym nurtem, trudno bowiem być śpiewakiem bądź muzykiem oderwanym od zapisów w programie – repertuarze tej czy innej instytucji. Nawet prowadząc imponującą karierę solistyczną, prędzej czy później recital musi być wpisany w program-repertuar instytucji. Tak powstaje kalendarz na sezon, dwa czy kilka lat w przód. Ale abstrahując od dat – istnieją również marzenia, kamienie milowe w karierze każdego twórcy. Plastyk wystawi swoje prace na biennale, pisarz czy poeta zaprezentuje kolejne efekty swojej pracy, wydając owoc weny. De facto każdy proces twórczy w kontakcie z odbiorcą naznaczony jest wpisaniem w kalendarz.
Prostym przykładem jest muzyka sakralna, ściśle związana
w licznych przypadkach z kalendarzem liturgicznym.
Trudno wszak grać bachowskie Pasje w Boże Narodzenie,
a Weihnachtsoratorium lipskiego mistrza w czasie Wielkiego
Tygodnia. Nie na tym jednak chciałem się skupić. Jest jeszcze
inne kryterium: lista spełnionych marzeń poszczególnych
artystów. Takie ich małe odcinki w życiowym rajdzie,
naznaczone banerem „meta”. Nie zdradzę wielkiej tajemnicy,
bo swego czasu wielu twórców pisało w swoich social
mediach o rozmaitych przedsięwzięciach, życiowych radościach.
Kotlista Filharmonii Narodowej – mój znakomity kolega
Piotr Domański (prywatnie wielki fan... Prince’a) z radością
odnotował fakt, że pewnego dnia na pulpitach tej renomowanej
orkiestry pojawiły się nuty z muzyką filmową
wprost z Gwiezdnych wojen Johna Williamsa. Bezspornie dla
całej orkiestry to frajda grać ikoniczne frazy, a dla perkusistów
wyzwanie tym większe. Williams kocha trąbki, perkusje
i solowe popisy skrzypków (Itzhak Perlman sam przyznaje,
że najczęściej wywoływany jego bis to temat z Listy Schindlera
– Oscar, 1993). Co tu ukrywać, nominowany siedemdziesiąt
razy do Grammy (dwadzieścia sześć statuetek), zdobywca
pięciu Oscarów (siedemdziesiąt nominacji!) 94-letni dzisiaj
Williams to ikona nie tylko kina. Frazy Williamsa to również
oprawa igrzysk olimpijskich, z moim ukochanym Summon
The Heroes (Atlanta, 1996) oraz Fanfarą (Los Angeles, 1984).
Niedawno trafiłem natomiast na profil naszej znakomitej
śpiewaczki Joanny Freszel, doskonale znanej bywalcom
sal koncertowych i wiodących teatrów operowych na czele z Teatrem Wielkim Operą Narodową, Warszawską Operą Kameralną,
Wiener Konzerthaus oraz Konzerthaus Berlin. I ta
laureatka licznych prestiżowych koncertów nagle z radością
oznajmiła, że po 15 latach intensywnego myślenia zaśpiewa
partię Roksany z opery Król Roger Karola Szymanowskiego.
Jak pięknie dodaje, jej mistrzyni – Jadwiga Rappé zapewne
cieszyłaby się tym wraz z nią. Ujmujące, prawda? Nieodżałowany
David Pituch, mistrz saksofonów, pedagog, mentor,
mawiał: „Ćwicz, ćwicz, nadchodzi czas i ciebie odkryją”. Powiedział
to mojemu koledze Czarkowi Konradowi pod koniec
lat 80. minionego wieku, i miał rację. Dzisiaj to perkusista-
-firma, w Polsce klasa samoistna. Gdy żartuję, mawiam: nie
grał tylko z... Legią Warszawa. O tak, powiedzenie: „Kiedy
uczeń gotowy, zjawia się mistrz”, ma tu zastosowanie. Wówczas,
ot, niemal za chwilę, Czarek zaczął grać u Zbigniewa
Namysłowskiego (wraz z Leszkiem Możdżerem i Zbigniewem
Wegehauptem). Tak, to legendarny kwartet obsypany laurami.
Kolejna „meta” ważnego etapu.
Z własnego doświadczenia wiem, że takie kamienie milowe
odciskają piętno na człowieku i pozostają w nim, nierzadko
będąc radością wspomnień. Gdy sięgam wstecz pamięcią,
na myśl przychodzą koncerty, festiwale, etatowe i okazjonalne
grania. Dwie z moich „met” miały jednak hasło wiodące:
koncert na orkiestrę. Ten Béli Bartoka zagrałem raz pod
znakomitą batutą Michała Klauzy z Sinfonią Varsovią, po raptem
3,5 próbach! Z kolei arcydzieło Witolda Lutosławskiego
zagrałem z mistrzem-kompozytorem (jeszcze na studiach),
potem z Sinfonią Varsovią (pod Krzysztofem Pendereckim)
i Filharmonią Narodową (maestro Antoni Wit). Jakby tego
było mało, z tym ostatnim zarówno w sali znanej z Konkursu
Chopinowskiego, jak i w słynnej londyńskiej Royal Albert
Hall. Gdzieś tam po drodze były etapy: Orchard Hall i Bunka
Kaikan (Tokio), paryska Salle Pleyel, ulubiona nieberlińska
sala von Karajana – Festival Hall w Osace i Cité de la Musique
(Paryż) oraz wiele innych. Etapy-mety. Traktuję to jako
wielki przywilej i radość, której nikt mi nie odbierze. Nagroda
za 20 lat nauki, tysiące godzin przy instrumencie kosztem
kopania piłki czy rowerowych rajdów. Za lata fascynacji
muzyką, tej wielkiej życiowej miłości. To uczucie każdego
muzyka. Wiem, może trochę się chwalę, ale artyści są próżni,
choć odrobinę.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
