Motorower to moje marzenie. Szczególnie od czasu, jak nabył go mój kolega z sąsiedniej parafii i paraduje na nim codziennie. Czasem też mnie podwozi i namawia do kupna. Ogromnie ułatwia to życie przy codziennych dojazdach na lekcje religii, w niedziele do dwóch kaplic i daje poczucie wolności. Wszystko to wiem i mogę sobie wyobrazić, jaka to frajda. Kolega potrafi do mnie przyjechać wieczorem bodaj na chwilę, dotąd to było niemożliwe. W ciężką zimę jedziemy razem na spowiedź do odległej parafii. My, oczywiście, bo mamy czym, proboszczowie musieliby uruchamiać jakieś furmanki czy sanie. Da się, choć parokrotnie lądujemy w rowie i marzniemy na sopel. Piękna sprawa. I tak trwa u mnie to marzenie i zachwyt, bardziej w rozważaniu niż realnie. Powód prozaiczny. Nie bardzo mnie stać na motorower. I tu wydarza się rzecz z kategorii rzadkie i prawie niemożliwe. Proboszcz, rozumiejąc moją pasję i potrzebę, proponuje pożyczkę. Okazuje się, że ta chlubna intencja podbudowana jest jednak prywatą: – I oddasz mi wreszcie moją damkę. Patrzeć nie mogę, jak ją zniszczyłeś.
Dotąd jeżdżę rowerem proboszcza. Męczące to i uciążliwe, bo kraina miejscami pagórkowata i po duktach piaszczysta. Poza tym ciągle mi wypomina, że nie dbam wcale o ten jego rower, a to jest jedyny egzemplarz jakiejś tam firmy, której nazwa niczego mi nie mówi. Ale proboszcz ma prawo do sentymentów i wiary w niezwykłość swojego roweru.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
W wolny dzień, z gotówką w kieszeni i błogosławieństwem proboszcza, jedziemy zatem na zakupy. O sancta simplicitas (święta naiwności). Podniecenie trwa krótko, w pierwszym mieście we wszystkich dwóch sklepach nie ma i w dającej się przewidzieć przyszłości raczej się nie spodziewają. To chodliwy towar. Smutnieję, bo taką miałem nadzieję, że wrócę na jego grzbiecie czy raczej mniej romantycznie, a prawdziwiej – na siodełku. Kolega decyduje, nie odpuszczamy, idziemy na trasę i jedziemy do większego miasta. Tam prawdopodobieństwo znacznie wzrasta. Tłuczemy się na pace jakiejś ciężarówki kolejne kilometry. On, zaprawiony w bojach co do podróży i zakupów, podnosi moje morale i podtrzymuje mnie na duchu. – Anioł Stróż, stary. Nie ma lepszej broni. Ty do swojego, ja do swojego i nie ma mocnych. Motor musi być.
Żeby zwiększyć skuteczność, dodajemy do tego Różaniec, choć mamy wątpliwości, czy w tak, powiedzmy, wobec innych potrzeb świata, błahej sprawie należy angażować moce niebieskie.
– Ważne, żeby tylko ufnie i szczerze – pociesza mnie i minimalizuje wątpliwości.
W pierwszym Polmozbycie pudło, ale uprzejmy gość, widząc nasze rozczarowanie, dopytuje o profesję i informuje nas o innej placówce, w której niedawno była dostawa. – Może wszystkiego jeszcze nie rozebrali. Tylko nie tak, że na sklepie ma stać, bo na pewno nie stoi. Zapytajcie o Stefana i powiedzcie mu, że jesteście od Mietka. Jak mają, to na bank będzie wasz.
Reklama
Rzeczywiście, na sklepie nie widać nic poza paroma rowerami z branży, która nas interesuje. Gdyby nie pan Stefan, odeszlibyśmy z kwitkiem. A tak, jeśli od Mietka, to inna rozmowa, wchodzimy jako klienci specjalni za wysokie regały na niewidoczną część sklepu. Stoją dwa motorowery i motocykl WSK. Biegniemy do Komara, uradowani. Pan Stefan pacyfikuje nasz entuzjazm. Ta oferta jest nieaktualna, bo po pierwsze jest już obiecany, a po drugie jest niekompletny i puścił mu spaw na ramie. Ten drugi jak najbardziej dostępny i polecany jako dobro wyjątkowe, to nieznany nam nowy model z fabryki rowerów o wdzięcznej nazwie Romet. Wobec Komara wydaje się trochę dziwaczny, bo o ile tamten naśladuje „dorosłe” motocykle, tak ten zostaje przy swoim rowerowym pierwowzorze. Bak ma z tyłu za siodełkiem, tam, gdzie zwykle znajduje się bagażnik, w środku głębokie wcięcie jak u damki. Ładną ma kierownicę i reflektor. Tym, co jeszcze można mu policzyć na plus, jest to, że jest tańszy i, według sprzedawcy, mniej pali. Nie ma w nas entuzjazmu, więc próbujemy walczyć o ten zdefektowany egzemplarz Komara. – Upieraj się, Waldek zaspawa, pomaluje się i będzie w porządku – szepcze mi kolega na ucho.
Nie ma mowy, odpowiedź natychmiastowa, poza tym już w tym kwartale nie spodziewają się żadnej dostawy, a i w przyszłym, jeśliby się co trafiło, to na sklep nawet nie wyjedzie, bo pójdą wszystkie dla listonoszy. Radzi brać, co jest, bo zainteresowanie nim jest duże i nie wie, czy do jutra dotrzyma, gdybyśmy się chcieli namyślać czy naradzać z kim.
– Na darmo żeśmy jechali taki kawał? Bierzmy go. – Wobec takiego dictum kolega zmienia front i radzi co innego niż przed chwilą.
– A można go odpalić, spróbować, jak się jedzie?
Pan Stefan uśmiecha się wyrozumiale. – Nie ma benzyny, a nawet jakby była, to nie ma takiego zwyczaju. Klient widzi, klient bierze albo nie. Tu przymusu żadnego nie ma.
Widać, że panu Stefanowi zaczyna brakować już uprzejmości wobec tak roszczeniowych i niezdecydowanych klientów. Magia Mietka przestaje działać. Decydujemy się szybko, żeby nie stracić do końca jego życzliwości. Radzi nam jeszcze dokupić kanister, bo to też ostatnio rzadka rzecz, a nieodzowna przy tak małym baku. Gest wdzięczności, wynaleziony dawno temu przez Fenicjan, dopełnia i wyczerpuje nasze relacje z panem Stefanem. Wędrujemy znowu na trasę z tym nabytkiem, żeby dostać się jakoś do domu. Po drodze do CPN-u wzbudzamy duże zainteresowanie, gdzie kupiony, za ile, czy jeszcze są, ile ewentualnie trzeba by dać do ręki.
Reklama
To, jakim się cieszy uznaniem u kierowców, wzmacnia i moją wiarę w słuszność nabytku. Prawie jestem dumny na stacji benzynowej, kiedy grupka facetów ogląda z zaciekawieniem. Wprawdzie uruchomić się nie da od razu, ale to zupełny drobiazg. Za to nasłucham się rad i wskazówek co do eksploatacji. Na drodze problem ze złapaniem okazji, bo nie dość, że nas dwóch, to jeszcze ten okaz motoryzacji. Trochę nam schodzi, lecz w końcu trafiamy na litościwego czy też raczej zainteresowanego kupnem kierowcę. Odkupi natychmiast, przepłaci nawet, bo już parę miesięcy szuka czegoś takiego dla żony, nie ma jak do roboty dojechać. Dobrze, że nie każe nam wysiadać, gdy jesteśmy całkiem odporni na jego perswazje. Kiedy docieramy na miejsce, a jest to już schyłek dnia, na plebańskie podwórze wychodzą wszyscy, żeby podziwiać, przymierzyć się, zobaczyć. Proboszcz po pobieżnych oględzinach jest niezadowolony.
– Takie małe gówno, za przeproszeniem. To jak ty mnie zabierzesz gdzie na odpust czy na spowiedź?
Kiedy jeszcze są problemy z uruchomieniem, zupełnie traci nim zainteresowanie i kwituje całą sprawę jednym zdaniem: – To moja damka lepsza i niezawodna. Jeszcze mi nie odmówiła, a tyle lat już ma.
Organista, właściciel motocykla, uporem i determinacją uruchamia wreszcie tę humorzastą maszynę. Tłumaczy mi: – Jak jest iskra na świecy i paliwo w gaźniku, to nie ma mocnych, musi palić. – I dodaje: – To przy normalnych motorach, bo ten jest jakiś inny, wszystko jest, a on nie. Ale spokojnie, damy mu radę.
Patrzę z podziwem i lekką zazdrością, jak kolega jednym kopnięciem odpala swojego Komara i odjeżdża spod plebanii, a my w kilku mamy już dosyć i kopania, i popychania, i majstrowania przy świecy i gaźniku. W końcu jednak, cudem pewnie Boskim, się udaje. Co za radość. I rzeczywiście robimy honorową rundę po podwórku. Na dziś to tyle, bo już ciemna noc.
Ta zmienność nastrojów i chimeryczność zostanie mu na lata, wiele razy będę doświadczał tego, że iskra i paliwo to za mało, jeśli braknie dobrej woli tej bezdusznej maszynie. Po roku połowę z tego, co ma na liczniku, nadeptałem na nogach, prowadząc i pchając ten niewdzięczny i złośliwy sprzęt. W związku z tą jego nieprzewidywalnością rozwija się w naszych relacjach cała gama zaklęć, pochwał, namów, ale i okropnych przekleństw, wyzwisk i gróźb. Raz był nawet skopany. Bywa, że wracamy na jakiejś przygodnej furze, ku uciesze woźnicy i dziwnej satysfakcji konia nawet. Może jestem przeczulony i tak to odbieram nadwrażliwie. Na początku, przez pierwsze tygodnie, cieszy się niezwykłym podziwem u dzieciaków z każdej wioski. Kolejka się ustawia, żeby bodaj usiąść, przymierzyć się czy być podwiezionym choćby kawałek. Potem powszednieje. Jest jedyny w całej parafii, rozpoznawalny. Nie mogę teraz incognito zawitać do kogoś, demaskuje mnie natychmiast, musiałbym go chować do stodoły. Nawet jak jest na chodzie i przyjaźnie nastawiony, choć to rzadkość, jazda na nim, szczególnie zimą po śliskich koleinach, to wyczyn ekstremalny niemal. Bywa, że po udanym przejeździe z najdalszej wioski nie sposób puścić kierownicy, bo ręce z mrozu zgrabiały. A i tak jest frajda, zresztą innych możliwości dojazdu nie ma. Gorzej, jak miewa ciąg jak, nie przymierzając, u pijaka przepadłego, złego nastroju i bojkotu. Wlec go wtedy ze sobą po tych wykrotach, potykając się co chwilę i leżąc co drugi raz ja na nim bądź na odwrót, wymaga hartu ducha. Nawet dla większej skruchy, jak mi proboszcz podpowiada intencję, nie potrafię wytrwać dłużej. Podejrzewamy nawet, po cichu i na osobności, że może być nawiedzony, bo choć poświęcony, to jednak przez wikarego tylko, a nie proboszcza, który ma władzę nad duchową przestrzenią parafii jakiejkolwiek proweniencji. Dlatego też kiedyś zimą, doprowadzony do ostateczności przez jego upór, odarty z nadziei i resztek siły, porzucam go w jakimś rowie, nie mając już zdrowia ani siły, żeby go pchać po śniegu. Rano budzi proboszcza mleczarz i pyta o wikarego, czy mu się co stało, czy tylko popił, bo motor w rowie, w polu szczerym porzucony. I tak wrócił do mnie. Widać jesteśmy sobie przypisani.
