Każde dziecko urodzone w Stanach Zjednoczonych staje się ich obywatelem. Prezydent Donald Trump chce to zmienić i mówi, że „prawo ziemi” powinno dotyczyć wyłącznie obywateli USA i osób z prawem stałego pobytu. I ma dużo racji, ponieważ przywilej ten jest nadużywany i kryją się za nim duże pieniądze. Jest on praktykowany przez osoby z całego świata, a szczególnie przez obywateli: Chin, Tajwanu, Korei Południowej, Nigerii, Turcji, Rosji, Brazylii i Meksyku. W każdej gazecie wydawanej w Ameryce po rosyjsku z łatwością znajdziemy ogłoszenia pośredników, którzy oferują pomoc przy „załatwieniu” narodzin dziecka np. w Miami.
Rodzina skorzysta
Birth tourism – turystyka porodowa stała się modna, dochodowa i przynosząca korzyści w przyszłości. Jeśli spojrzy się perspektywicznie, ma to sens. Każde takie dziecko po ukończeniu 21 lat ma prawo do łączenia rodzin. Jego rodzice i rodzeństwo mogą w ten sposób zamieszkać w Ameryce. Przylatujesz z wizą turystyczną, rodzisz dziecko, czasami ubezpieczenie z kraju macierzystego pokrywa koszty szpitala i opieki, a jeśli nie, to płacisz gotówką. Potem możesz liczyć na stały pobyt w USA.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Jeśli trzeba zapłacić gotówką, koszty takiej „wycieczki porodowej”, łącznie z pobytem w szpitalu, mogą być różne – 20, 50 czy nawet 100 tys. dol. Ale jeśli ktoś szpitalowi nie zapłaci, to pokryją to amerykańscy podatnicy w różnych programach pomocowych albo zapłaty w ogóle nie będzie – szpital będzie stratny, a nikt nie będzie ścigał kobiety po świecie.
Turyści, którzy przyjeżdżają do USA, aby urodzić dziecko, mogą niekiedy otrzymać pomoc publiczną, finansowaną z podatków, na pokrycie kosztów porodu (lub ich koszty są umarzane przez szpital), nie muszą też zwracać żadnych środków, aby uzyskać w przyszłości wizę turystyczną.
Szacuje się, że efektem turystyki porodowej są 33 tys. urodzeń rocznie przez kobiety posiadające wizy turystyczne. Szacuje się też, że setki tysięcy kolejnych dzieci rodzi się matkom, które przebywają w kraju nielegalnie lub na podstawie wiz tymczasowych. Nadmienić można, że obywatele Chin nie potrzebują wizy, aby odwiedzić niektóre terytoria Stanów Zjednoczonych, takie np. jak Wspólnota Marianów Północnych. „Przemysł” turystyki porodowej kwitnie tam na całego, a liczba urodzeń wśród chińskich turystów przewyższa liczbę urodzeń wśród rdzennych mieszkańców.
Reklama
Departament Stanu ogłosił niedawno nowe przepisy dotyczące wydawania wiz w kategorii „B” dla tymczasowych turystów, które mają być odpowiedzią na tysiące urodzeń wynikających z oszustw i związanych z nimi korzyści w postaci obywatelstwa, które otrzymują te dzieci i ich rodziny. Przepisy stanowią teraz: „Podróż do Stanów Zjednoczonych w celu uzyskania obywatelstwa amerykańskiego dla dziecka poprzez urodzenie go na terenie Stanów Zjednoczonych jest niedopuszczalną podstawą do wydania wizy nieimigracyjnej kategorii B. W związku z tym urzędnik konsularny odmówi wydania wizy nieimigracyjnej kategorii B cudzoziemcowi, co do którego ma uzasadnione podejrzenie, że zamierza podróżować w tym celu”.
Można jednak powątpiewać, czy same przepisy przyniosą jakieś skutki i czy w ogóle uda się administracji Trumpa zlikwidować „prawo ziemi” do obywatelstwa, gdyż wymagałoby to zmiany 14. poprawki do Konstytucji USA, a to nie jest takie proste.
Dzieci można, oczywiście, rodzić gdzie indziej, podczas podróży turystycznej z następstwem natychmiastowego obywatelstwa choćby w Meksyku, Brazylii, Argentynie i Kostaryce. Ale spośród krajów rozwiniętych gospodarczo Kanada i Stany Zjednoczone są jedynymi, które automatycznie przyznają obywatelstwo dzieciom urodzonym przez osoby niebędące obywatelami tych krajów i nieposiadające legalnego statusu rezydenta. Jest mało prawdopodobne, aby trend ten udało się wyhamować, za dużo bowiem jest tutaj korzyści i za duże pieniądze są do zarobienia.
Matki do wynajęcia
Reklama
Istnieje jednak problem dużo poważniejszy, być może kryminalny, a na pewno wątpliwy etycznie. W grudniu ub.r. dziennik The Wall Street Journal opisał historię Xu Bo, chińskiego miliardera z branży gier wideo. Ma on podobno ponad 100 dzieci urodzonych w USA dzięki surogatkom i raczej nigdy nie stąpał po amerykańskiej ziemi. Co ciekawe, wcześniej, w 2023 r., pojawił się – ale zdalnie – w sądzie w Los Angeles i przyznał, że jego celem jest posiadanie ok. dwadzieściorga dzieci – najlepiej chłopców – które odziedziczą jego imperium biznesowe. Wtedy sędzia odrzucił jego wniosek o prawa rodzicielskie – uznał bowiem jego plany za niezgodne z tradycyjnym rodzicielstwem.
Xu Bo jest przykładem przedstawiciela superbogatych elit, nie tylko z Chin, które wykorzystują przepisy dotyczące obywatelstwa, korzystają z usług matek – surogatek i firm prawniczych, aby budować w mało jasnych, a na pewno podejrzanych celach megarodziny. Z pewnością z takiej możliwości korzystają też obywatele innych państw, ale Chiny wybijają się tutaj na czoło. Eksperci zauważają, że 41% zagranicznych klientów na amerykańskim rynku macierzyństwa zastępczego pochodzi właśnie z Chin.
The Wall Street Journal donosi: „Kwitnący minisektor amerykańskich agencji zajmujących się macierzyństwem zastępczym, kancelarii prawnych, klinik, agencji porodowych i usług niań – nawet zajmujących się odbiorem noworodków ze szpitali – rozrósł się, aby zaspokoić popyt i umożliwić rodzicom wysyłanie materiału genetycznego za granicę i powrót noworodka za cenę do 200 tys. dol. za dziecko”.
Ostatnio zrobiło się głośno, kiedy pewien bogaty Chińczyk „zamówił”... 200 dzieci, szybko jednak do akcji wkroczyły władze, co wcale nie oznacza, że nie znajdzie on luki, aby wspomniany cel osiągnąć.
Większość stanów USA nie zabrania osobom z zagranicy „współpracy” z amerykańskimi surogatkami. Warto zaznaczyć, że z kolei chińskie prawo zabrania krajowego macierzyństwa zastępczego, ale nie powstrzymuje obywateli przed „nabywaniem” macierzyństwa zastępczego za granicą.
Reklama
Firmy pośredniczące w USA to znacząca branża, a całkowity koszt podróży w ramach macierzyństwa zastępczego wynosi zazwyczaj 150-250 tys. dol. na przypadek. Obejmuje to: wynagrodzenie zastępcze, opłaty agencyjne, opłaty prawne, koszty leczenia i inne powiązane opłaty. Ale podróż nie jest wymagana.
Matki zastępcze w Ameryce zarabiają na ogół 50-75 tys. dol. za jedną ciążę, a doświadczone surogatki – 80-100 tys. dol. Opłaty agencyjne mogą się wahać w granicach 40-150 tys. dol., w zależności od usług i reputacji agencji. Dodatkowe koszty obejmują procedury zapłodnienia in vitro (4-8 tys. dol.), upoważnienie prawne (7,5-10 tys. dol.), ubezpieczenie zdrowotne oraz zwrot utraconych zarobków, opieki nad dziećmi i podróży.
Branża – jeśli tak można to nazwać – ciągle się rozwija, napędzana rosnącym zapotrzebowaniem na zamówiony poród, zwłaszcza w stanach takich jak Kalifornia, Nowy Jork i Illinois, gdzie „macierzyństwo zastępcze” jest „bardziej ugruntowane i wspierane prawnie”.
Zapłodnienie in vitro i wynajmowanie surogatek wiążą się nie tylko z poważnymi kwestiami etycznymi, ale także z nadużywaniem praw obywatelskich z tytułu urodzenia się. Wszystko to osiągnęło zupełnie nowy poziom. Zjawisko uwypukla kwestie moralne, prawne i społeczne, w tym „utowarowienie” dzieci i wykorzystywanie przepisów dotyczących obywatelstwa USA.
W połowie stycznia abp Paul Richard Gallagher, sekretarz ds. stosunków z państwami i organizacjami międzynarodowymi Stolicy Apostolskiej, określił praktykę surogacji jako „nową formę kolonializmu”, w której interesy dorosłych przeważają nad prawami dzieci. Jeśli jednak w grę wchodzą setki milionów dolarów, a być może idzie to nawet w miliardy – trudno z tym walczyć.
Autor od 1986 r. mieszka w USA. Jest dziennikarzem związanym z mediami polonijnymi i amerykańskimi.
