Wyobraźcie sobie piękny ogród: kwitnące drzewa, równiutkie alejki obsadzone kolorowymi kwiatami, starannie pomalowane ławeczki, mnóstwo śpiewających ptaków. Ogród otoczony jest wysokim kamiennym murem, w którym znajduje się tylko jedna brama. Jest otwarta, bo do ogrodu może wejść każdy, kto tylko chce. W jego środku stoi stół, na którym Gospodarz przygotował wspaniały posiłek. Pokarm jest wzmacniający, życiodajny, smaczny. Ci, którzy nie mają odpowiedniego stroju na ucztę, mogą go otrzymać zupełnie za darmo. Jest też przygotowanych wiele innych atrakcji, które pojawiają się z czasem dla przebywających w ogrodzie. Jest tylko jeden warunek: trzeba wejść do środka.
Jeśli w tym obrazie ogród będzie wspólnotą Kościoła, a gospodarzem Jezus Chrystus, to bramą wejściową z pewnością musi być sakrament chrztu św. Tak zresztą określa go Katechizm Kościoła Katolickiego, który widzi w nim „bramę życia duchowego (...) i bramę otwierającą dostęp do innych sakramentów” (n. 1213). Kto raz przejdzie przez tę bramę, stanie się już na zawsze mieszkańcem ogrodu. Przechodząc przez nią, otrzyma znamię, którego nic nie jest w stanie zniszczyć. Nawet gdyby zdecydował się opuścić ogród, i tak w jakimś sensie pozostanie jego częścią. Skutki sakramentu chrztu są bowiem nieodwracalne, żadne ludzkie działanie nie może ich cofnąć. A jakie to skutki?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Pierwszym jest obmycie z grzechu pierworodnego. W efekcie nieposłuszeństwa pierwszych rodziców przyjaźń i harmonia w relacji z Bogiem zostały poważnie zakłócone. Człowiek został obarczony takimi przypadłościami jak choroba, ból, starzenie się, wreszcie śmierć. Odkrywszy przez poznanie dobra i zła możliwość grzeszenia, nie potrafił się już całkowicie uwolnić od popełniania zła. Dlatego po śmierci jego dusza trafiała do szeolu (otchłani albo „piekieł”, jak mówimy w naszym Credo) i tam egzystowała, oczekując na wybawienie. Przyszło ono dzięki ofierze, którą Jezus złożył na krzyżu za każdego z nas. Odtąd dusza ludzka po śmierci nie musi już wędrować do szeolu, a te dusze, które tam były, zostały wyprowadzone i postawione wobec Chrystusa na sąd. Wiele z nich cieszy się już radością nieba i oczekuje na nowe, tym razem nieśmiertelne ciało, które otrzyma w dniu powszechnego zmartwychwstania. Niektóre dusze dojrzewają w czyśćcu do pełni miłości. Być może są też takie, które przez odrzucenie Bożej miłości zasłużyły na potępienie. Chrzest, obmywając nas z grzechu pierworodnego, daje nam nową szansę na zbudowanie relacji przyjaźni z Bogiem i osiągnięcie zbawienia. Jeśli przyjmuje go dorosła osoba, sakrament ten gładzi również grzechy popełnione przed jego przyjęciem. Biała szata, którą otrzymują ochrzczeni, jest znakiem tego, że rozpoczynają oni nowe życie z czystą kartą.
Drugim skutkiem chrztu jest zapoczątkowanie w nas nadprzyrodzonego życia. Przez wyciśnięcie niezatartego znamienia chrzest upodabnia nas do Chrystusa i czyni dziećmi Bożymi. Przez ten sakrament stajemy się też po raz pierwszy świątynią i mieszkaniem Ducha Świętego, który jest sprawcą naszego nadprzyrodzonego życia. Można więc powiedzieć, że chrzest jest wydarzeniem głęboko mistycznym, czyniącym z nas mieszkanie Trójcy Świętej.
Łącząc nas z Chrystusem jako Głową, sakrament chrztu wszczepia nas także w Jego mistyczne Ciało, którym jest Kościół. Zostajemy włączeni we wspólnotę wiary, która staje się środowiskiem naszego wzrastania. Oczywiście, ogród, do którego wchodzimy przez bramę chrztu, nie jest jeszcze rajem, lecz jest jego niedoskonałą zapowiedzią. Życie we wspólnocie Kościoła ma nas dopiero przygotować do szczęścia zbawionych w niebie. Choć Chrystus już nas odkupił, to musimy wciąż walczyć z naszymi słabościami, aby się okazać godnymi nieba. I właśnie dlatego potrzebujemy łaski, czyli Bożej pomocy do tego, by stawać się świętymi już tutaj na naszą ludzką miarę. Potrzebujemy także wspierającej nas wspólnoty.
Reklama
Chrzest jest początkiem drogi. W Polsce przyjmujemy go najczęściej jako niemowlęta, więc zanim wystartujemy w drogę wiary świadomie, upłynie jeszcze trochę czasu. Pierwszymi nauczycielami okażą się zwykle rodzice, czasem także dziadkowie. Szczególne zadanie mają tu też rodzice chrzestni, którzy powinni być mentorami naszego duchowego życia, a nie – jak to się czasem okazuje – jedynie dostarczycielami prezentów na różne okazje. Następnymi sakramentami, do których będziemy się teraz przygotowywać, będą pierwsza spowiedź i Pierwsza Komunia św. Nie znaczy to jednak, jak się niektórym wydaje, że po chrzcie możemy sobie zrobić 9-letnie wakacje od wiary. Życie nadprzyrodzone już w nas jest i trzeba się o jego nieustanny rozwój troszczyć. Zabieranie dziecka do kościoła, uczenie modlitwy (nie tylko w sensie tekstów modlitw, ale także jako czynności, aktu wiary), domowa katecheza, wspólne czytanie słowa Bożego, wspólnie odmawiany Różaniec, Roraty – to wszystko pomaga wprowadzić dziecko w świat życia duchowego. Wychowanie religijne jest niczym innym jak zapraszaniem małego człowieka do relacji z Jezusem. Nie zrobią tego ksiądz ani katechetka, bo katecheza nie daje możliwości uczenia budowania relacji. Ona bardziej przekazuje wiedzę, pewne know-how, ale umiejętności praktycznych musi nauczyć ten, kto ma z dzieckiem bliski kontakt.
Ta droga wiary wygląda jeszcze inaczej, kiedy chrzest przyjmuje osoba dorosła, jak się to coraz częściej zdarza. Zwykle moment przejścia przez bramę ogrodu poprzedzony jest dłuższym przygotowaniem, które nazywamy katechumenatem. Dorosły musi dokonać świadomego wyboru wiary i Kościoła, a żeby tak się mogło stać, powinien tę rzeczywistość najpierw dokładnie poznać od strony nie tylko intelektualnej, ale także duchowej. Stąd konieczność katechezy, ale i kolejnych etapów wtajemniczenia.
Skoro chrzest jest taki ważny, to rodzi się pytanie o los tych, którzy z różnych powodów nigdy go nie przyjęli. Czy nie wchodząc do ogrodu przez bramę, pozbawili się możliwości zbawienia? Nie jest to takie proste. Wiele zależy od tego, z jakiego powodu ktoś nie przyjął chrztu, a przyczyn może być wiele. Najczęstszą jest ta, że ktoś nigdy nie poznał Jezusa. W naszych realiach wydaje się to mało prawdopodobne, choć nie jest niemożliwe. Nawet w środowiskach chrześcijańskich, które ulegają dziś coraz większej laicyzacji, znajomość Jezusa bywa bardzo powierzchowna, a Jego obraz często jest uproszczony lub nawet zafałszowany. Ktoś wychowany w takich realiach może nie zetknąć się z żywą Osobą, lecz co najwyżej poznać Jej imię i parę faktów z życia. Jeśli tak bywa w środowiskach chrześcijańskich, to co dopiero w krajach, w których chrześcijaństwo jest praktycznie nieznane. Tam wielu ludzi mogło nawet nie słyszeć o tym, że ktoś taki jak Jezus naprawdę istniał. Czy fakt nieprzyjęcia przez nich chrztu skazuje ich na wieczne potępienie? I tu z pomocą przychodzi nam Katechizm Kościoła Katolickiego. „Każdy człowiek, który nie znając Ewangelii Chrystusa i Jego Kościoła, szuka prawdy i pełni wolę Bożą (...), może być zbawiony” (n. 1260). Także jeśli ktoś chciał przyjąć chrzest lub nawet się do tego przygotowywał, ale nie zdążył tego zrobić z powodu śmierci, nie traci szansy na zbawienie. W takim przypadku mówi się o „chrzcie pragnienia”, który choć nie jest sakramentem, tworzy jednak pewien rodzaj więzi z Bogiem. Wspomina się też w teologii o „chrzcie krwi” w wypadku np. katechumenów, którzy ponieśli męczeństwo za wiarę. Także dzieci, które umarły, nie przyjąwszy chrztu, mogą osiągnąć zbawienie. „Kościół może jedynie polecać je miłosierdziu Bożemu, (...) wielkie miłosierdzie Boga (...) i miłość Jezusa do dzieci (...) pozwalają nam mieć nadzieję, że istnieje jakaś droga zbawienia dla dzieci zmarłych bez chrztu” (KKK 1261).
Bóg pragnie zbawienia wszystkich ludzi. Normalną bramą do wejścia na jego drogę jest przyjęcie sakramentu chrztu św. Lecz także ci, którzy nie przyjęli go bez własnej winy, znajdują się w zasięgu Bożego Miłosierdzia i jeśli w jakiś sposób szukali Boga i żyli w zgodzie z własnym sumieniem albo nie zdążyli dokonać świadomego wyboru, mogą liczyć na osiągnięcie zbawienia i pełnię szczęścia w niebie.
Autor jest proboszczem parafii św. Joachima w Sosnowcu
