Wieczorem 28 grudnia 1895 r. właściciel Kawiarni Grand Café, położonej przy Bulwarze des Capucines w eleganckiej IX dzielnicy Paryża, musiał być z siebie bardzo zadowolony. Wynajął właśnie jedno z pomieszczeń – Salon Indyjski na otwarty, płatny pokaz „żywych fotografii” braci Lumiere z Lyonu. Podobnych dziwacznych ciekawostek można było w ówczesnej stolicy świata obejrzeć wiele, więc nie wierzył w sukces finansowy imprezy. Nie dał się namówić na 20-procentowy udział w zyskach – wolał dzienny czynsz w wysokości 30 franków. I okazało się, że miał rację. Na pierwszy pokaz do 120-osobowej sali przyszło zaledwie 33 widzów, którzy płacili franka za wejście.
Najpierw był zakład
Dwadzieścia lat wcześniej Leland Stanford, były gubernator Kalifornii i właściciel stadniny koni, spierał się ze swoim przyjacielem o to, czy koń w galopie odrywa wszystkie nogi od ziemi. Podobno założył się nawet o ogromną jak na owe czasy sumę 25 tys. dol., że tak jest. Trzeba było to jednak udowodnić. Uczynił to w 1877 r. znany fotograf Eadweard Muybridge. Za biegnącym koniem umieścił białą ścianę, a w poprzek toru rozciągnięte były mocne nici uruchamiające spusty migawki kolejnych aparatów fotograficznych.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Muybridge dokonał niemożliwego – za pomocą bardzo prymitywnego sprzętu sfotografował kolejne fazy ruchu. I postanowił jeszcze na tym zarobić. Karty z kilkunastoma fotografiami biegnącego konia stały się bardzo popularne. Wkrótce pojawiły się w sprzedaży inne, pokazujące ruchy słonia, kobietę schodzącą po schodach czy mężczyznę grającego w tenisa. Pojawiły się też próby ożywienia tych fotografii za pomocą wirującego bębna. Sposób ten był od dawna znany w zabawkach dla dzieci i używany do poruszania malowanych obrazków. Tym razem spróbowano tego samego przez umieszczenie fotografii na obracającym się szklanym dysku podświetlanym od tyłu. Dawało to kilkusekundowe złudzenie ruchu widoczne na białym ekranie.
Duże możliwości stworzyło wynalezienie celuloidowej taśmy fotograficznej, której można było używać w fotografii zamiast niewygodnych szklanych płyt. Wielu wynalazców próbowało wykorzystać ją jako nośnik ruchomych obrazów, ale każde urządzenie miało jakąś wadę. Thomas Alva Edison pokazywał w swoim kinetoskopie kilkunastosekundowe ruchome obrazy z taśmy perforowanej, ale tylko dla jednej osoby. Chronofotograf Étienne’a-Julesa Mareya nie zapewniał równego ruchu taśmy, a praksinoskop Émile’a Reynauda wyświetlał jedynie narysowane obrazki.
Kinematograf na korbkę
Reklama
Dopiero bracia Auguste i Luis Lumiere, wykorzystując dotychczasowe pomysły, znaleźli sposób na największą wadę pierwszych filmów – zamazane, nieostre kadry. Zrozumieli, że aby ludzkie oko zarejestrowało obraz, musi on być nieruchomy przez ułamek sekundy. Wykorzystali więc mechanizm znany z maszyn do szycia, w którym stopka, przytrzymując na chwilę materiał, zapobiegała jego przesuwaniu. Dopiero wtedy, wykorzystując zjawisko powidoku, uzyskali w pełni wrażenie ruchu. Skonstruowali proste urządzenie napędzane korbką – kinematograf, który był jednocześnie kamerą i projektorem służącym do wyświetlania na ekranie gotowych filmów. Miał zaledwie dwie wady: mieścił 17 m taśmy, co dawało tylko 50 s w projekcji, i nie miał wizjera, użytkownik kamery musiał więc filmować „na ślepo”. Po kilku zamkniętych pokazach bracia zdecydowali się na pierwszą płatną projekcję, w starannie wybranym dniu – 28 grudnia 1895 r., po świętach, a przed zabawą noworoczną. Wyświetlono wtedy dziesięć 2-minutowych filmów, m.in.: Wyjście robotników z fabryki, Posiłek dziecka i Ogrodnika. Wprawdzie w pierwszym pokazie wzięły udział tylko 33 osoby, ale już następnego dnia pod kawiarnią ustawiła się kilometrowa kolejka spragnionych nowych wrażeń widzów, a dzienny zysk wynosił odtąd 2,5 tys. franków. Rozpoczęła się era kina, choć ono samo z początku tak się nie nazywało. Paradoksalnie bracia Lumiere traktowali swój wynalazek jako swego rodzaju zabawkę służącą do nagrywania i odtwarzania amatorskich filmów rodzinnych. Sami chcieli zarabiać głównie na sprzedaży kinematografów, a swoje filmy, ukazujące codzienne życie, traktowali tylko jako zachętę do ich kupna.
Idiotka i kretyn
Już w styczniu 1896 r. Auguste i Luis Lumiere wysłali w świat 50 kilkuosobowych ekip operatorskich. Miały one organizować komercyjne pokazy kinematografu i przy okazji kręcić nowe filmy wzbogacające repertuar. W Polsce pierwszy raz zaprezentowano nowy wynalazek w listopadzie tego samego roku w Krakowie, i to w samym Teatrze Miejskim (dzisiejszym Teatrze im. Słowackiego). Dyrektor tej placówki uznał, że to dobry sposób na przyciągnięcie nowej widowni. Wśród pokazanych wówczas filmów znalazł się słynny Wjazd pociągu na stację w La Ciotat. Wprawdzie paniczne ucieczki na widok pociągu na ekranie można włożyć między bajki, ale i tak obraz robił ogromne wrażenie. Dziennikarz, później sławny pisarz Maksym Gorki, który widział film na pokazie w Niżnym Nowogrodzie, napisał: „Na ekranie pojawia się pociąg. Pędzi prosto na ciebie – uważaj! Wygląda, jakby miał zanurzyć się w ciemności, w której siedzisz, zamieniając cię w rozdarty worek pełen poszarpanej tkanki i połamanych kości, a tę salę i ten budynek, pełen kobiet, wina, muzyki i występków, zmiażdżyć na pył i kawałki”.
Reklama
Nieoczekiwanie kinematograf w ciągu kilku lat z jarmarcznej rozrywki stał się nowym rodzajem sztuki. Filmy zaczęli kręcić artyści – od iluzjonisty i wynalazcy montażu Georges’a Méliesa, po profesjonalne wytwórnie, najpierw francuskie (Pathé, Gaumont), później niemieckie, angielskie i amerykańskie. Widzowie domagali się wielu nowych filmów, coraz lepiej nakręconych i ciekawych. Pojawiły się gatunki filmowe takie jak komedia czy melodramat. To w czasie projekcji pierwszego westernu, przedstawiającego napad na pociąg, publiczność próbowała uciekać z sali na widok wycelowanego w nią z ekranu rewolweru.
W stałych budynkach kinowych, czasem ledwie skleconych z drewnianych desek, trzeba było też nauczyć się zachowywać. Skarżył się młody Julian Tuwim: „Gdy tylko siądę w kinie, siada tuż za mną (lub czeka tam już na mnie) jakaś parka i nagłos, z kretyńskim uporem, odczytuje napisy”. Być może z takich doświadczeń zrodził się wiersz rozpoczynający się od słów: Spotkali się w święto o piątej przed kinem/ Miejscowa idiotka z tutejszym kretynem./ Tutejsza idiotko! – rzekł kretyn miejscowy –/ Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy?/ Miejscowa kretynka odrzekła: Z ochotą, /Albowiem cię kocham, tutejszy idioto.
Siedząc dzisiaj w wygodnych multipleksach, oglądając, z popkornem w rękach, panoramiczne obrazy filmowane w 3D, pamiętajmy o tych, bez których dzisiejszego kina by nie było.
