W porównaniu z Zachodem u nas ciągle nie jest źle. Jeszcze mamy wiernych na niedzielnych Mszach św., jeszcze konfesjonały służą do spowiedzi, a nie do przechowywania mioteł, jeszcze ludzie przyjmują kolędę, jeszcze chrzczą dzieci i posyłają je na katechezę”. Jeszcze... jeszcze... jeszcze...
Nie ma chyba katolika szczerze zainteresowanego stanem Kościoła, który przynajmniej raz nie zetknąłby się z tym rytualnym zaklinaniem rzeczywistości – poprawianiem sobie samopoczucia przez wskazanie, że „tam” (w Niemczech, Austrii, we Francji, w Holandii, Belgii, Hiszpanii) z wiarą jest jeszcze gorzej. Faktycznie, być może tak daleko „jeszcze” nie zabrnęliśmy, ale... no właśnie: sęk tkwi właśnie w owym „jeszcze”, które zdaje się, że przeżera naszego ducha, sposób myślenia i styl działania.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Mówiąc językiem sportowym, dziś w polskim Kościele mamy do czynienia z głęboką defensywą; z wybijaniem piłki na aut (jak w piłce nożnej) i krążka na uwolnienie (jak w hokeju). No, od wielkiego dzwonu następuje próba kontrataku, wrzutka w pole karne „na aferę”, wstrzelenie krążka w tercję przeciwnika – a nuż coś wpadnie do bramki? Akcja ewangelizacyjna, tydzień modlitw o..., dzień solidarności z..., rekolekcje na stadionie, proklamacja, beatyfikacja, marsz, pielgrzymka, koncert lub jeszcze inny doraźny religijny event – i... może uratujemy remis? Może jakoś to będzie?
Reklama
Nie będzie, bo – nie licząc wyjątków – brakuje przemyślanej (a przede wszystkim przemodlonej, uzgodnionej z Panem Bogiem!) strategii. Nie będzie, bo brakuje nam mentalności zwycięzców. Jako chrześcijanie nie przypominamy szczęśliwców, którym trafiła się główna wygrana na loterii. Nie wyglądamy na takich, którzy mają w ręku wszystkie mocne karty. Nie widać po nas, że cokolwiek by się wydarzyło po drodze, to ostatecznie i tak wygramy, jeśli tylko wytrwamy przy Chrystusie. A tymczasem staliśmy się strażakami biegnącymi od jednego pożaru do drugiego, zamiatającymi pod dywan jedną aferę za drugą i pochylającymi coraz niżej głowy ze wstydu.
„Grozi nam chrześcijaństwo niskiej intensywności. Innymi słowy – obniżenie wymagań, by pozyskać szerokie masy” – taką diagnozę usłyszeli księża diecezji bydgoskiej podczas listopadowych rekolekcji kapłańskich. Jeśli w centrum uwagi i wysiłków postawimy troskę o utrzymanie stanu kościelnego posiadania, to czeka nas zjazd po równi pochyłej. Bo paradoksalnie – kościelne statystyki wzrosną nie wtedy, kiedy będziemy obniżać wymagania, przymykać oko, lecz gdy z miłością, wytłumaczywszy wszystko cierpliwie, zawiesimy wysoko ewangeliczną poprzeczkę, gdy zwęzimy bramę (por. Mt 7, 13-14).
Pewien świecki bloger pisze: „Dziś zadzwonił do mnie jeden z księży i błagającym tonem prosił, bym przyjechał poprowadzić od niedzieli rekolekcje w jego parafii. Konsekwentnie odmawiam od 3 lat prowadzenia rekolekcji. No, ale proponuję księdzu: – A może to okazja, by pokazał im ksiądz, jak kochać Jezusa? Rekolekcje, gdzie posłuchaliby Jezusa obecnego w kawałku białego chleba w monstrancji zamiast nauki?
– Kto mi przyjdzie na takie rekolekcje?! Ja potrzebuję nazwiska!
Jeden ksiądz, któremu to zaproponowałem, podjął rękawicę. Jakie ma owoce? Ludzie przyszli prosić, by w kościele zorganizować stałą adorację. Zasmakowali i zatęsknili”.
Tak. Najpierw – na kolana przed Najświętszy Sakrament. Nie, żeby śrubować liczbę odmówionych Różańców i litanii, tylko żeby zamilknąć i posłuchać, co On ma nam do powiedzenia. Wszystko jest (chciałem z rozpędu napisać: „jeszcze...”) do odkręcenia i wygrania. Tu nie chodzi o to, aby było „jakoś”. Tu chodzi o jakość. Jeśli postawimy na jakość, nie będzimy się pocieszać przy pomocy słowa „jeszcze”.
