Reklama
Co ja narobiłam? Pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy po przyjeździe do Rud, to salwować się ucieczką. Tłum ludzi przed bazyliką i zabudowaniami klasztornymi, wypełniony parking i sierpniowy upał zniechęciłyby mnie skutecznie do pozostania, gdyby nie zamówiony nocleg w „klasztorku”. Wymarzyłam sobie te Rudy i gdy układałam trasę śląskiej rajzy, wiedziałam, że nie może ich zabraknąć na jej trasie. „Chciałam, to mam” – myślę, robiąc kolejne okrążenie w poszukiwaniu wolnego miejsca po niemałym wcale, ale przepełnionym parkingu. W końcu udaje mi się zaparkować i z niewielkim bagażem slalomem między ludźmi zmierzam do restauracji Cysterskiej, gdzie mam odebrać klucze do pokoju. „Ratunku!” – nerwowy tryb awaryjny włącza mi się ponownie, gdy staję w długim ogonku do bufetu. Uspokajam się w myślach, choć wyobraźnia podsuwa mi katastroficzne obrazy – nocleg mam zapewniony, ale czy uda mi się zdobyć miejsce w porze obiadu i czy ten tłum głodnych zostawi mi chociaż jedną roladę na ząb? Czego ja się właściwie spodziewałam? Przecież jest niedziela, Rudy mają status sanktuarium. Sądziłam, że tłumy pielgrzymów i turystów zdążają jedynie na Jasną Górę?... – Co dla pani? – kobiecy głos zza bufetu przerywa moje katastroficzne myśli. Krótka konsultacja z ks. Piotrem, który z zakasanymi rękawami zarządza restauracyjną salą i, jak się okazuje, domem pielgrzyma – i już jestem prowadzona do pokoju. Zaczynam myśleć pozytywnie – dwuosobowa „cela” na wyłączność, w której panuje błoga cisza, i zamówiony stolik w Cysterskiej sprawiają, że odzyskuję równowagę ducha. Postanawiam najpierw zwiedzić stare opactwo. A jest co zwiedzać. Nie ma za to tutaj tłumów i zbiory skarbca cysterskiego mogę oglądać niespiesznie i w spokoju. Gdy obcuje się ze zgromadzonymi tu zabytkami sztuki sakralnej, łatwo przenieść się w czasy sprzed wielu wieków.
Coś dla ducha, dla ciała i dla potomnych
Pierwsi cystersi do Rud przybyli z Jędrzejowa w latach 20. XIII wieku – za czasów księcia Kazimierza, syna księcia raciborskiego Mieszka Plątonogiego. To jednak nie książę Kazimierz, a jego syn Władysław III został fundatorem klasztoru. Był rok 1258, kiedy podpisał stosowny dokument dla rudzkich cystersów. Niedługo później wzniesiony został pierwszy drewniany kościół, ale ok. 1300 r. został strawiony przez ogień. Kolejna świątynia, której mury przetrwały do dnia dzisiejszego, wzniesiona została w 1303 r.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Pierwotne uposażenie klasztoru stanowiły wsie: Dobrosławice, Jankowice Rudzkie, Maciowakrze, Ruda Kozielska, Stanica, Woszczyce, Zawada Rybnicka i w części Pogrzebień. Samo zaś miejsce powstania klasztoru było wymarzone; zwyczajem cystersów, którzy zakładali je nad brzegami rzek, a jednocześnie w pobliżu większych miast, rudzki klasztor rozsiadł się nad malowniczą i życiodajną Rudą, a otaczały go pełne dzikiego zwierza i bogactw przyrody lasy. Nic dziwnego zatem, że cystersi z Rud postanowili żyć i pomnażać swe dobra, czerpiąc m.in. dary z lasów, jak też wpływy z dzierżawy stawów rybnych i młynów. W XVI wieku, wykorzystując zyski i przywileje, dołączyli jeszcze do swej działalności gospodarczej górnictwo oraz hutnictwo żelaza i miedzi. W 1725 r. nad Rudą w pobliżu klasztoru zbudowali kuźnicę miedzi, a w 1713 r. w Zawadzie – hutę szkła, w której wytwarzane były m.in. lustra, paciorki do różańców i... karafki. A że karafki trzeba czymś wypełniać, cystersi poczęli wyrabiać trunki (tak naprawdę nie wiem, co było pierwsze – karafki czy trunki); najpierw podjęli się produkcji wina, które wytwarzali do początku XIX wieku, a w ślad za nim miodów pitnych, warzenia piwa i pędzenia nalewek. W XVIII wieku zyski z produkcji alkoholi sięgały jednej trzeciej wszystkich dochodów cystersów w Rudach, a w tym czasie do ich klasztoru należało już siedem młynów, pięć hut i wspomniana fabryka szkła. Jakby tego wszystkiego było mało, rudzcy ojcowie zbudowali również sieć dróg, jakiej nie powstydziłby się żaden pająk – dziewięć gościńców, które prowadziły do pobliskich miast i osad i którymi dziś biegną drogi powiatowe i krajowe. Jedną z nich, 919, przyjechałam tu od strony Raciborza. Pewnie wiele innych dróg przywiodło tu te tłumy niedzielnych pielgrzymów – sądząc po rejestracjach, najwięcej jest tu przybyszów ze Śląska, ale i „zagranica” taka jak ja też się trafia.
Mury, które szepczą modlitwę
Reklama
Sercem Pocysterskiego Zespołu Klasztorno-Pałacowego w Rudach, które przyciąga tak licznych pielgrzymów, jest bazylika Najświętszej Maryi Panny, a w niej – cudowny obraz Matki Bożej Rudzkiej zwanej Pokorną. Pokryta żółtym tynkiem elewacja świątyni, w chwili, kiedy przyjeżdżam – skąpana w słońcu, zdaje się, że z premedytacją wprowadza w błąd przybysza. Zaskakuje mnie ogromnie jej surowe, gotyckie w charakterze wnętrze zatopione w półmroku. Wystarczy, że ledwo przekraczam próg kościoła, a już wiem, że będę tu chciała wracać choćby tylko dla niego. Wieczorna niedzielna Liturgia, w której biorę udział, choć już nieco bardziej kameralna, jest zaledwie przedsmakiem tego, czego doświadczam w poniedziałkowy poranek. Pomysł z noclegiem był doskonały, teraz bazylikę mam na wyłączność – bez tłumu pielgrzymów i turystów. Cisza jak makiem zasiał. I to poczucie, że mury świątyni przesiąknięte są modlitwą wznoszoną tu przez ponad siedem wieków. Takiego sacrum nie potrafię odnaleźć we współczesnych kościołach. Tu zgięcie kolan jest naturalne jak oddychanie i modlitwa łatwiej wypływa z serca. Kiedy wstaję, nadal poza mną nie ma w świątyni nikogo, komu mogłabym przeszkodzić w rozmowie z Bogiem, ale łapię się na tym, że przemierzam kościół niemal na palcach. Jego wnętrze naprawdę robi ogromne wrażenie. Surowość gotyku przełamana jest barokowymi zdobieniami, co tworzy osobliwy, ale spójny charakter. Próbuję odnaleźć elementy wystroju bazyliki, o których czytałam przed przyjazdem do Rud. Jednym z najstarszych zabytków świątyni jest znajdujące się tuż przy wejściu bocznym epitafium opata Marcina, pochodzące z końca XVI wieku. O tyleż osobliwa to pamiątka, że za czasów jego zwierzchnictwa opactwo miało mocno podupaść. Niezwykłą niespodziankę kryje nawa główna bazyliki – są nią umieszczone na przeciwległych ścianach ambona i antyambona (pozbawiona schodów i wnęki). Budowano je w kościołach na Górnym Śląsku od połowy XVIII do początku XIX wieku, dla przybyszów spoza Śląska taki element architektoniczny stanowi pewien ewenement.
Poszukiwacze osobliwości mogą się pokusić o odnalezienie we wnętrzu bazyliki obrazu św. Wilgefortis – świętej z wąsem. Znajduje się blisko kruchty, na lewej ścianie lewej nawy bocznej, i przedstawia męczennicę, która, jak głosi legenda, modliła się w obronie czystości o oszpecenie i oszpecenie w postaci zarostu otrzymała.
U wylotu lewej nawy bocznej, tuż przy prezbiterium, znajduje się spowita w mroku kaplica Świętego Krzyża, która kryje m.in. epitafium poświęcone fundatorowi klasztoru księciu Władysławowi. I wreszcie prezbiterium. Zdobi je wysoki witraż, ale nawet on o tej porze nie wpuszcza do świątyni zbyt wiele światła. Z prezbiterium patrzą na mnie cztery postaci: Aarona, Mojżesza, św. Jana Chrzciciela i św. Józefa – najstarsze drewniane rzeźby bazyliki w Rudach autorstwa Johanna Melchiora Österreicha. Niegdyś centralną część ołtarza głównego zajmował obraz Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, niestety, wraz z figurami świętych Kunegundy, Benedykta, Jadwigi i Bernarda oraz koroną cesarza Austrii spłonął w pożarze wywołanym przez Sowietów pod koniec stycznia 1945 r.
Pokorna, choć bardzo skuteczna
Reklama
Z pożogi ognia ocalała kaplica Mariacka, do której zwracam się w prawą stronę od prezbiterium. Wejście do niej zdobi żelazna krata, po której obu stronach znajdują się dwa ołtarze boczne z obrazami mistrza Michała Willmanna – św. Floriana i Apoteozy św. Bernarda z Clairvaux. Po przekroczeniu kraty wchodzi się w barok, ale jego przepych ustępuje blaskowi najcenniejszego zabytku bazyliki w Rudach – słynącego łaskami wizerunku Matki Bożej, który wzorowany jest na obrazie z rzymskiej Bazyliki Santa Maria Maggiore. Namalowana na lipowej desce ikona jest XV- bądź XVI-wieczną kopią pierwotnego, XIII-wiecznego wizerunku, który zaginął lub raczej został ukradziony w czasie najazdu husytów. Przekazy mówią, jakoby pierwotny obraz miał zostać podarowany cystersom już w 1228 r. przez księcia opolsko-raciborskiego Kazimierza, ojca fundatora opactwa – Władysława. Pewniejsze są jednak źródła, które datują obraz na 1258 r., jego darczyńcą był zatem sam książę Władysław.
Od początku obecności wizerunku w Rudach za przyczyną Matki Bożej Pokornej wierni otrzymywali liczne łaski, które sprawiały nieustanne rozszerzanie się kultu. W XVII i XVIII wieku Rudy przyciągały już rzesze pielgrzymów, ruch pątniczy jednak niemalże ustał w chwili, gdy zakazany został przez pierwszych pruskich książąt wyznania protestanckiego, którzy objęli Rudy w posiadanie. O cudownych interwencjach Matki Bożej w chwilach zagrożenia opowiadają legendy. Jedna z nich mówi o cudownym wydarzeniu w XVII wieku. Gdy podczas wojny trzydziestoletniej na Rudy ruszyły wojska szwedzkie, zatrwożeni cystersi mieli wyjść w procesji z obrazem Pani Pokornej przed kościół, modląc się o ocalenie. Wówczas to klasztor miała spowić tak gęsta mgła, że Szwedzi zgubili drogę i błądząc po lesie, ominęli klasztor. Cudem można też nazwać ocalenie kaplicy Mariackiej z pożaru wznieconego przez Armię Czerwoną, który szalał 28 i 29 stycznia 1945 r. i strawił większość kościoła. Jak widać, Matka Boża Rudzka, choć Pokorna, jest też niezwykle skuteczna i jak potrafi zatroszczyć się o swych czcicieli, tak i o swoją siedzibę potrafi zadbać.
Autorskie post scriptum
Zanim opuszczę swoją „celę”, wiem już na pewno, że wrócę do Rud. Sama ze sobą umawiam się na program: cztery pory roku w Rudach. Urok dawnego opactwa to bowiem nie tylko bazylika, zespół klasztorno-pałacowy, ale też ich przepiękne otoczenie – Park Krajobrazowy Cysterskie Kompozycje Krajobrazowe Rud Wielkich, możliwość obcowania z przyrodą w ciszy, o której można w mieście tylko pomarzyć. To także bogata historia tego miejsca związana nie tylko z kultem Matki Bożej, pobożnym życiem mnichów, ale też z opactwem jako centrum kultury i nauki. W końcu dawne opactwo w Rudach to atmosfera, którą tworzą pracujący tu ludzie – pomocni, uśmiechnięci, sprawiający, że każdy czuje się tu gościem oczekiwanym.
PS Chcę być wierna danej sobie obietnicy i wykorzystując słoneczny październikowy weekend, stawiam się w Rudach ponownie – połowa programu: dwie pory roku w Rudach, lato i jesień, zostaje zrealizowana. Mam wrażenie, że gdy złocą się liście, jest tu jeszcze piękniej. Tym razem z okna pokoju widzę Jezioro Zamkowe, miło obserwować rano, jak rozpraszają się mgły i jego tafla rozświetla się w promieniach słońca. Teraz marzy mi się śnieg: niech no tylko spadnie – jadę do Rud... A po zimie przychodzi wiosna. Wystarczą weekend, jakieś dni świąteczne albo mały urlop w środku tygodnia. Nieważne kiedy, bo tu każdy dzień jest świętem – dla mnie na pewno.
