Reklama

W wolnej chwili

Samotnie przez Atlantyk

Nasz autor 50 lat temu dokonał pionierskiej samotnej podróży 5-metrową szalupą ratunkową z Dakaru do Georgetown w Gujanie: 2,8 tys. km w 44 dni. Zamierzał udowodnić, że rozbitek na morzu zawsze ma szansę uratowania się, jeśli wykaże się determinacją, hartem ducha i wolą życia.

Niedziela Ogólnopolska 3/2025, str. 56-58

[ TEMATY ]

Jacek Pałkiewicz

podróż

Atlantyk

Jacek Pałkiewicz

Jacek Pałkiewicz opuszcza port w Dakarze, 6 stycznia 1975 r.

Jacek Pałkiewicz opuszcza port w Dakarze, 6 stycznia 1975 r.

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Reklama

Wysoka, szczupła Mulatka w recepcji luksusowego Pegasus Hotel przekazuje mi telefon i książkę telefoniczną, o które poprosiłem. – W czym mogę panu pomóc? – pyta zbliżający się młody mężczyzna w eleganckim garniturze, zdziwiony obecnością zarośniętego, bosego i niezbyt adekwatnie odzianego osobnika. – Chciałbym zadzwonić na policję – odpowiadam. – Ma pan jakieś problemy? – dopytuje, marszcząc brwi z niepokojem. – Nie, nie chodzi o problemy. Przybywam z Dakaru – mówię, ale Michael Williams, jak się okazało – brytyjski manager hotelu, patrzy na mnie bez reakcji. Uzupełniam, że z Senegalu, ale i tym razem nie reaguje. Dopowiadam, że z Afryki, i dopiero wtedy gentleman drwiąco naśladuje ruchy kogoś płynącego w wodzie. – Nie, proszę pana, tym „okrętem” – wskazuję widoczną przez okno łódkę otoczoną mrowiem ludzi. Mój rozmówca zająkał się: – C-co? Z-z Afryki? Tą łodzią? Sam? I niemal bez zastanowienia poleca: – Pani Leoto! Proszę dać panu klucz do apartamentu junior suite 201. Po czym zwraca się do mnie: – Proszę się urządzić w pokoju, jest pan naszym gościem. Osobiście zajmę się urzędem imigracyjnym. Na koniec uzupełnia filuternie, ale już ściszonym głosem: – Liczę, że tutejszy pasat nie zatrzyma pana na pół roku. Trochę zdezorientowany dziękuję za nieoczekiwaną pięciogwiazdkową gościnność. Pan Williams przerywa mi i zaprasza na śniadanie. Niektórzy goście ze zdziwieniem obserwują przyprowadzonego przez managera jakiegoś bosego „przybłędę”.

Z osłupieniem obserwuję stół z wazonami świeżych hibiskusów i orchidei. Dalej oko zatrzymuje się na świeżo wyciśniętych sokach z tropikalnych owoców, z grejpfruta, papai, mango czy marakui, karamboli albo granadilli. Obok leżą chrupiące bułeczki, croissanty i różnorodne pieczywo, są także dżemy i miód lokalnej produkcji. Nie brakuje też gorących potraw, aromatycznej kawy oraz herbaty. Całość dopełniają eleganckie naczynia, srebrne sztućce i szklanki, które nadają miejscu luksusowy charakter.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Zaczynam biesiadę od płynów, aby uzupełnić niebagatelne odwodnienie organizmu. Po kilkunastu podejściach do stołu mam wreszcie czas, aby z wygodnego krzesła nasycić wzrok otaczającą bujną roślinnością.

Rozglądam się z zainteresowaniem po apartamencie zaprojektowanym z dbałością o najdrobniejsze detale. Sypialnia to prawdziwa oaza spokoju, łazienka jest dziełem sztuki z podłogą wyłożoną marmurem, znajduję w niej również luksusowe kosmetyki, miękkie ręczniki i szlafroki. Pan Williams oznajmił, że do mojej dyspozycji są zarówno minibar z selekcją win i przekąsek, jak i spa, basen czy siłownia.

Reklama

Zaledwie zdążyłem na dobre rozgościć się w apartamencie emanującym luksusem i komfortem, z panoramicznym widokiem na miasto, skąd oglądam historyczną dzielnicę Stabroek, znaną z kolorowych budynków i tętniącego życiem rynku, gdzie można znaleźć lokalne wyroby, jedzenie i rzemiosło, kiedy z recepcji informują mnie, że przyjechało dwóch dziennikarzy.

Dopiero co spotkałem się z reporterami Daily Chronicle i Graphic, a już pojawia się dwóch funkcjonariuszy z Urzędu Imigracyjnego. Zapraszają do swojego biura i proszą o zabranie niektórych przedmiotów. Przesłuchuje mnie młody gburowaty sierżant, który następnie siada przy maszynie do pisania, aby spisać moją podróż i moje życie. Znajduję się w krzyżowym ogniu pytań: – Kiedy wyjechałeś z Polski? Jaki jest cel twojej podróży? Kto ją sfinansował? Czy masz jakieś kontakty z kimś w Gujanie? Z kim rozmawiałeś tuż po przybyciu?

Następnie podoficer zatapia wzrok w kartach dziennika pokładowego napisanego po polsku, oczywiście, nic nie rozumiejąc. – Skąd przybywasz? Czy nie było z tobą nikogo? Jaki jest cel twojej wizyty w Gujanie? Proszę pokazać dokumenty, aparat fotograficzny. Co teraz zamierzasz robić? Odpowiadam, że chciałbym wrócić do domu. – Dobrze, ale paszport zatrzymujemy do dnia twojego wyjazdu. Prawdę mówiąc, byłem przygotowany na najgorsze. Urzędnik wygląda na zaniepokojonego faktem, że nie mam wizy. Przeglądając paszport, w którym nie ma już centymetra kwadratowego wolnego miejsca na wklejkę wizową, zatrzymuje się na stronie, gdzie jest ślad mojego pobytu w Stanach Zjednoczonych. Fakt ten upraszcza procedurę, bo skoro Amerykanie nie bali się wpuścić komunisty z Polski, to i oni nie będą stwarzać problemów.

Reklama

Zdenerwowanie okazują celnicy, którzy uważają, że to oni powinni mnie przejąć jako pierwsi. Zdarzenie to nie jest pozbawione humoru i następnego dnia będzie opisywane w gazetach. – Chcemy listę wszystkiego, co przywiozłeś ze sobą z Afryki – mówi nieznoszącym sprzeciwu tonem urzędnik. – Nie mam nic przeciwko temu, ale proszę mi dać odpowiednie formularze do wypełnienia – odpowiadam. – Musisz je pobrać u jakiegoś agenta morskiego – mówi szorstko, ale oferuje swoją pomoc i prowadzi mnie do nieodległego biura Johna Fernandesa, potomka znakomitej rodziny hiszpańskiej, który pomaga mi wypełnić te kwestionariusze. Kiedy wracam do urzędu, natykam się już na innego urzędnika. Pokazuję mu wydruki A4 przeznaczone dla żeglugi statków handlowych, ale on po szybkim ich przejrzeniu patrzy na mnie ze zdumieniem: – Tonaż statku – 1,85 t! Ilość załogi – Jedna! Przepraszam, ale czy pan rozumie po angielsku? Odpowiadam, że nie ma tu żadnej pomyłki. Celnik przechodzi do innej kwestii: alkohol, papierosy, narkotyki?

O godz. 16 jestem wreszcie wolny i wracam na łódź, aby zrobić jej zdjęcia. – Dzień dobry panu!... A któż to taki, kto zwraca się do mnie po polsku? Mężczyzna przedstawia się: – Jestem Zbigniew Zakrzewski, mieszkam niedaleko, czekam na pana od 3 godzin.

W gabinecie dyrektora Pegasusa ma miejsce konferencja prasowa, po której mój rodak zaprasza mnie do siebie na kolację. Opowiada, że w 1956 r. opuścił Polskę i zamieszkał w Anglii, gdzie się ożenił. Następnie wyemigrował na Karaiby i jest managerem armatora floty kutrów rybackich. Pojutrze opuszcza Georgetown – przeprowadza się do Trynidadu.

Podjeżdżamy do rezydencji Zbigniewa. Za solidną bramą widać dwa psy z najgroźniejszych ras – silne i zwinne dogi argentyńskie o mocnej, umięśnionej budowie ciała.

– Nie martw się – mówi gospodarz, odgadując moje obawy. – One wprawdzie nie są aniołkami, ale kiedy wyczują gościa, grzecznie się wycofują. Gdy wychodzę z samochodu, „aniołki” obwąchują mnie długo i ostrożnie. Z nieufnością wstrzymuję oddech, pozostając nieruchomy jak posąg.

Reklama

– No, już, śmiało – mówi mój rodak, ale nie wykonałem nawet kilku kroków, kiedy na mnie skaczą. Jeden gryzie w łydkę, drugi atakuje w pachwinę. Instynktownie zakrywam dłonią bolącą część, starając się bronić ruchami karate, którym zajmowałem się kilka lat wcześniej. Bezskutecznie. Interwencja właściciela rozwścieczonych zwierzaków też nie od razu jest zbawienna. Boję się myśleć o konsekwencjach. Mam cichą nadzieję, że nie powiększę zastępów eunuchów w jakimś haremie.

Zabiegi pielęgniarek czekoladowego koloru wokół atrybutów białego pacjenta budzą zainteresowanie i rozbawienie. Do dwóch pań dołączają jeszcze koleżanki z innego oddziału, które po kwadransie obwieszczają zakończenie uzdrawiającego zabiegu.

Ironia losu: uciekłem przed niebezpieczeństwami oceanu i ani razu nie otworzyłem podręcznej apteczki, a na końcu podróży zostałem pogryziony przez psy.

Wracamy do posiadłości Zbigniewa. To typowy dom kolonialny z dużą zadaszoną werandą, zapewniającą cień i miejsce do odpoczynku na świeżym powietrzu. Właśnie tam pani domu serwuje prawdziwą kolację, jakiej brakowało mi przez 44 dni.

reporter, eksplorator

2025-01-14 14:06

Oceń: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Śladem Dersu Uzały

Magiczną postać pierwotnego myśliwego nagłośnił jeden z największych twórców w historii kina Akira Kurosawa. Symbol krystalicznej, naturalnej dobroci uszlachetnionej wpływami przyrody wnosi pozytywną lekcję do naszego pseudocywilizacyjnego świata.

Z okazji 100-lecia narodzin kina, co miało miejsce 27 lat temu, Papieska Rada ds. Środków Masowego Przekazu uczciła ten jubileusz stworzeniem wyjątkowej listy piętnastu filmów fabularnych, które – zdaniem komisji – zawierają szczególne wartości moralne. Wśród nich znalazło się nagrodzone Oscarem arcydzieło Akiry Kurosawy Dersu Uzała, wyprodukowane na podstawie porywającego wolumenu rosyjskiego badacza Dalekiego Wschodu – Władimira Arsenjewa. Pełen surowej prostoty, emanujący ciepłem i liryzmem film jest hymnem na cześć szlachetnego myśliwego z majestatycznej głuszy, który jest tytułowym aktorem poruszającego spektaklu. Rzuca się tu w oczy relacja dobra ze złem. Złem, które dominuje w świecie, które wydaje się, że pochłania wszystko, co wartościowe i moralne. Dobro jest kruche, delikatne i prawie niezauważalne. Poezja filmu zmusza nas do zastanowienia się nad ludzką naturą i miejscem, które zajmujemy w świecie.
CZYTAJ DALEJ

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus - "Moim powołaniem jest miłość"

Niedziela łódzka 22/2003

[ TEMATY ]

św. Teresa z Lisieux

Adobe Stock

Św. Teresa z Lisieux

Św. Teresa z Lisieux

O św. Teresie od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, karmelitance z Lisieux we Francji, powstały już opasłe tomy rozpraw teologicznych. W tym skromnym artykule pragnę zachęcić czytelników do przyjaźni z tą wielką świętą końca XIX w., która także dziś może stać się dla wielu ludzi przewodniczką na krętych drogach życia. Może także pomóc w zweryfikowaniu własnego stosunku do Pana Boga, relacji z Nim, Jego obrazu, który nosimy w sobie.

Życie św. Teresy daje się streścić w jednym słowie: miłość. Miłość była jej głównym posłannictwem, treścią i celem jej życia. Według św. Teresy, najważniejsze to wiedzieć, że jest się kochanym, i kochać. Prawda to, jak może się wydawać, banalna, ale aby dojść do takiego wniosku, trzeba w pełni zaakceptować siebie. Św. Teresie wcale nie było łatwo tego dokonać. Miała niesforny charakter. Była bardzo uparta, przewrażliwiona na swoim punkcie i spragniona uznania, łatwo ulegała emocjom. Wiedziała jednak, że tylko Bóg może dokonać w niej uzdrowienia, bo tylko On kocha miłością bez warunków. Dlatego zaufała Mu i pozwoliła się prowadzić, a to zaowocowało wyzwoleniem się od wszelkich trosk o samą siebie i uwierzeniem, że jest kochana taką, jaka jest. Miłość to dla św. Teresy "mała droga", jak zwykło się nazywać jej duchowy system przekonań, "droga zaufania małego dziecka, które bez obawy zasypia w ramionach Ojca". Św. Teresa ufała bowiem w miłość Boga i zdała się całkowicie na Niego. Chciała się stawać "mała" i wiedziała, że Bogu to się podoba, że On kocha jej słabości. Ona wskazała, na przekór panującemu długo i obecnemu często i dziś przekonaniu, że świętość nie jest dostępna jedynie dla wybranych, dla tych, którzy dokonują heroicznych czynów, ale jest w zasięgu wszystkich, nawet najmniejszych dusz kochających Boga i pragnących spełniać Jego wolę. Św. Teresa była przekonana, że to miłosierdzie Boga, a nie religijne zasługi, zaprowadzi ją do nieba. Św. Teresa chciała być aktywna nie w ćwiczeniu się w doskonałości, ale w sprawianiu Bogu przyjemności. Pragnęła robić wszystko nie dla zasług, ale po to, by Jemu było miło i dlatego mówiła: "Dzieci nie pracują, by zdobyć stanowisko, a jeżeli są grzeczne, to dla rozradowania rodziców; również nie trzeba pracować po to, by zostać świętym, ale aby sprawiać radość Panu Bogu". Św. Teresa przekonuje w ten sposób, że najważniejsze to wykonywać wszystko z miłości do Pana Boga. Taki stosunek trzeba mieć przede wszystkim do swoich codziennych obowiązków, które często są trudne, niepozorne i przesiąknięte rutyną. Nie jest jednak ważne, co robimy, ale czy wykonujemy to z miłością. Teresa mówiła, że "Jezus nie interesuje się wielkością naszych czynów ani nawet stopniem ich trudności, co miłością, która nas do nich przynagla". Przykład św. Teresy wskazuje na to, że usilne dążenie do doskonałości i przekonywanie innych, a zwłaszcza samego siebie, o swoich zasługach jest bezcelowe. Nigdy bowiem nie uda się nam dokonać takich czynów, które sprawią, że będziemy w pełni z siebie zadowoleni, jeśli nie przekonamy się, że Bóg nas kocha i akceptuje nasze słabości. Trzeba zgodzić się na swoją małość, bo to pozwoli Bogu działać w nas i przemieniać nasze życie. Św. Teresa chciała być słaba, bo wiedziała, że "moc w słabości się doskonali". Ta wielka święta, Doktor Kościoła, udowodniła, że można patrzeć na Boga jak na czułego, kochającego Ojca. Jednak trwanie w takim przekonaniu nie przyszło jej łatwo. Przeżywała wiele trudności w wierze, nieobce były jej niepokoje i wątpliwości, znała poczucie oddalenia od Boga. Dzięki temu może być nam, ludziom słabym, bardzo bliska. Jest także dowodem na to, że niepowodzenia i trudności są wpisane w życie każdego człowieka, nikt bowiem nie rodzi się święty, ale świętość wypracowuje się przez walkę z samym sobą, współpracę z łaską Bożą, wypełnianie woli Stwórcy. Teresa zrozumiała najgłębszą prawdę o Bogu zawartą w Biblii - że jest On miłością - i dlatego spośród licznych powołań, które odczuwała, wybrała jedno, mówiąc: "Moim powołaniem jest miłość", a w innym miejscu: "W sercu Kościoła, mojej Matki, będę miłością".
CZYTAJ DALEJ

Kard. K. Krajewski: swoje małe czyny dokonuj z miłością!

2026-10-02 06:46

[ TEMATY ]

archidiecezja łódzka

ks. Paweł Kłys

Kard. Konrad Krajewski w łódzkim Karmelu

Kard. Konrad Krajewski w łódzkim Karmelu

– Moim zadaniem jest tylko Go nie zasłaniać. Moim zadaniem jest wynieść Go z tej świątyni i zanieść Go do codziennego życia, a te małe moje czyny dokonywać z miłością – mówił kard. Konrad Krajewski podczas odpustu ku czci św. Teresy od Dzieciątka Jezus w łódzkim Karmelu.

W liturgiczne wspomnienie św. Teresy od Dzieciątka Jezus w klasztorze Sióstr Karmelitanek Bosych w Łodzi odbyły się uroczystości odpustowe ku czci patronki wspólnoty. Sumie odpustowej w kościele klasztornym przewodniczył i homilię wygłosił kard. Konrad Krajewski, metropolita łódzki.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję