Reklama

Polityka

Uwierzyłem w retorykę polityków

O mechanizmach blokujących odbudowę polskiego przemysłu i polskich malinach na Wołyniu z Karolem Zarajczykiem – prezesem zarządu Ursus S.A. – rozmawia Wiesława Lewandowska

Niedziela Ogólnopolska 44/2018, str. 36-37

[ TEMATY ]

wywiad

Grzegorz Boguszewski

Karol Zarajczyk

Karol Zarajczyk

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Wiesława Lewandowska: – Na wielką ironię zakrawa fakt, że historycznej polskiej marce Ursus, będącej rówieśniczką polskiej niepodległości, właśnie w czasie, gdy obchodzimy stulecie odzyskania niepodległości, grozi upadłość. I nikogo nie obchodzi jej los, mimo szumnych deklaracji – nawiązujących do tradycji gospodarczych niepodległej II RP – o odbudowie polskiego przemysłu, o wspieraniu polskich firm, o promowaniu tego, co polskie, w świecie. Pozostają już tylko zdziwienie i bezradność?

Karol Zarajczyk: – Niestety, chyba tak. Obecna sytuacja Ursusa to wynik decyzji zarządu i właściciela podjętych w ciągu ostatnich kilku lat, a zmierzających do odbudowania marki przez jak największą liczbę nowych produktów. Staraliśmy się to wszystko robić własnymi siłami, ale mając też na uwadze zapewnienia czołowych polskich polityków, że obraliśmy słuszną drogę. Z takim błogosławieństwem, wierząc, że jako polskie przedsiębiorstwo działamy dla dobra kraju, śmiało rozwijaliśmy tę naszą rodzinną firmę i produkowaliśmy różne modele traktorów. Staraliśmy się też zdywersyfikować eksport poza rynki europejskie i zatrudniać coraz więcej ludzi... Bardzo przejęliśmy się hasłem: „Polska w ruinie” z 2015 r., chcieliśmy więc podnieść z ruiny polskiego Ursusa...

– Naiwnie?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

– Bardzo naiwnie! Poza deklaracjami i pozowaniem różnych polityków przy nośnej wizerunkowo marce Ursus na jakiekolwiek rzeczywiste wsparcie naszego przedsięwzięcia właściwie nigdy nie mogliśmy liczyć. A tak naprawdę to chyba tylko my sami uwierzyliśmy, że wskrzeszenie Ursusa może być symbolem odbudowy polskiego przemysłu. Bo przecież marka Ursus, w moim odczuciu, to do dziś nie tylko zwykła własność prywatna... Zarządzając tym przedsiębiorstwem, czuję oddech historii i jakiś szczególny rodzaj odpowiedzialności.

– To bardzo niedzisiejsze podejście, Panie Prezesie!

– Niestety, coraz boleśniej zdaję sobie z tego sprawę. Walcząc z nieustannymi kłopotami naszej firmy, bezradnie obserwuję też, jak Polska wciąż niezmiennie pełni rolę „kołchozu”, taniej siły roboczej i raju dla zagranicznych firm, które pełnymi garściami czerpią z polskich dotacji państwowych, ostatnio np. fabryka Mercedesa, fabryka baterii LG czy CAF itd.

– Twierdzi Pan Prezes, że polskie firmy są wciąż traktowane po macoszemu?

– Jakoś tak się dziwnie składa... Ostatnio największym zdziwieniem było dla mnie to, że mogło dojść do sprzedaży Hiszpanom polskiej firmy produkującej autobusy Solaris. Oczywiście, prywatny właściciel ma do tego prawo... Kuriozalne jest jednak to, że Polski Fundusz Rozwoju, który z założenia powinien wspierać polskie firmy, z niezrozumiałych dla mnie powodów chce odkupić od Hiszpanów za bardzo dużą kwotę, prawdopodobnie za 300 mln zł, 35 proc. udziałów Solarisa, co nie daje przecież państwu polskiemu żadnego wpływu na zarządzanie tą firmą. Ani Autosan, ani Ursus, które są w 100 proc. polskimi firmami, nie mogą liczyć na takie względy. Nie wiadomo więc, dlaczego dofinansowuje się firmę będącą w obcych rękach...

– Dlaczego Ursus nie może liczyć na wsparcie PFR?

Reklama

– Zapewne dlatego, że wszedł w tzw. produkcję automotive i stanowi konkurencję dla hiszpańskiego Solarisa... Gdy Ursus prosił o wsparcie kontynuacji ekspansji w Afryce, bo ta jest źródłem rozwoju naszej firmy, to okazuje się, że nie może liczyć na żadną pomoc. Ale jak trzeba polecieć z ministrem do Sudanu w Afryce, żeby mógł się pokazać przy polskich osiągnięciach Ursusa, to wtedy jesteśmy mile widziani...

– Jest Pan Prezes bardzo rozgoryczony...

– Coraz bardziej. Jestem bardzo zawiedziony tym, co się wydarzyło w ostatnich latach. Dziś muszę przyznać, że jako prezes zarządu firmy popełniłem kilka błędów inwestycyjnych, bo uwierzyłem w retorykę polityków, w zapewnienia, że polski przemysł ma być naprawdę odbudowany... Pocieszające jest to, że jestem jeszcze młodym człowiekiem i ta bolesna lekcja pozostanie mi na całe życie.

– Zwątpił Pan w dobrą zmianę?

Reklama

– Z doświadczeń Ursusa wynika, że dobra zmiana w przypadku branży rolniczej, w której my działamy, to czysta fikcja. Jestem bardzo zawiedziony sytuacją na rynku maszyn rolniczych i w ogóle w polskim rolnictwie. Nie zrobiono nic, aby takim firmom jak Ursus czy innym produkującym maszyny rolnicze zapewnić stabilny, organiczny rozwój. Do dziś w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa nie ma systemu rozliczania dopłat na działania inwestycyjne! Świadczą o tym twarde dane: do września 2018 r. z dopłat na cele inwestycyjne, przewidzianych w perspektywie unijnej na lata 2014-20, zrealizowano zaledwie 10 proc. A to znaczy, że tym samym z jakichś niejasnych powodów wyhamowano nie tylko zakup maszyn rolniczych, ale także np. budowę silosów do przechowywania płodów rolnych, chłodni, małych przetwórni itp. Moim zdaniem, w żaden sposób nie wspiera się konkurencyjności polskiego rolnictwa w UE!

– Można zatem powiedzieć, że trudny los Ursusa jest dziś podobny do sytuacji w polskim rolnictwie?

– Tak, ale nie tylko dlatego, że produkujemy maszyny rolnicze, których polscy rolnicy nie mogą kupić... Podobieństwo polega na tym, że zarówno polski przemysł, reprezentowany przez naszą firmę, jak i polskie rolnictwo samo z siebie są dziś w stanie osiągać superwydajność, zaś państwo polskie nie tylko nie potrafi tego docenić, ale wręcz przeciwnie – dopuszcza do zapaści, bo jest wciąż zbyt łaskawe dla wszelkiej obcej konkurencji. Dopiero w sytuacji widocznie krytycznej wszyscy się budzą i starają się na oślep łatać dziury...

– I dopiero gdy polskie jabłka – którymi tak bardzo się chwalili polscy politycy, podobnie zresztą jak Ursusem – zaczynają gnić, poszukuje się na oślep jakiegoś doraźnego remedium na uratowanie polskiego sadownictwa...

Reklama

– Naprawdę wciąż nie mogę tego zrozumieć! Nie wiem, czy Ursus ma wejść w stan upadłości, żeby zauważono naszą trudną sytuację? Poza tym, że nikt nie chce nas ratować, to wszystko dzieje się według scenariusza realizowanego od lat w sektorze rolnictwa. Powstał program Go Africa, który ma wspierać ekspansję polskich przedsiębiorców na rynki afrykańskie, ale zadeklarowane przez rząd tzw. kredyty afrykańskie zostały zatrzymane. Ursus ma więc problemy z otrzymaniem pieniędzy ze swoich inwestycji np. w Tanzanii. Wielokrotnie zwracaliśmy się do Ministerstwa Finansów z prośbą o udrożnienie przepływu pieniędzy. Niestety, nasze konkretne propozycje rozwiązania problemu zostały bez wyjaśnień odrzucone. Staraliśmy się na ten temat rozmawiać ze „wszystkimi świętymi”, niestety, regułą jest, że wszystkie niedawno umówione spotkania były w ostatniej chwili anulowane... A z rozmów kuluarowych dociera do nas tylko święte oburzenie: jak można było oskarżyć urzędnika państwowego o manipulowanie danymi?!

– Złożył Pan w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury?

– Tak. Wskazujemy w nim na to, że była próba wpłynięcia na ocenę naszych projektów w Afryce, a także na to, że urzędnik ministerstwa Finansów bez stosowania obowiązujących przepisów, nie uwzględniając zapisów umowy między państwami, bankami i między Ursusem a jego kontrahentami w Afryce, ukarał naszą firmę za opóźnienia w płatności odsetek przez państwo-biorcę. My jesteśmy cały czas karani!

– Jak jest tłumaczone to blokowanie Ursusa przez MSZ?

– Mówią nam, że to dlatego, iż nie było ewaluacji naszych afrykańskich projektów. W takim razie pytam: Co robił prezydent RP w Etiopii w maju tego roku? Przyjechał, żeby pokazać polski sukces Ursusa, czy żeby wizytować fabrykę traktorów, która według MSZ nie działa? Organizacja pomocowa OECD ocenia projekt na samym wstępie przed jego rozpoczęciem, a jakiś urzędnik dwa lata po jego zakończeniu uzurpuje sobie prawo do jego oceny bez żadnej wykładni prawnej i uprawnień. Podkreślam: pojedyncza osoba, a nie resort na podstawie przepisów prawa.

– Urzędowi krytycy Ursusa stawiają zarzut, że nie radzicie sobie na rynkach afrykańskich, bo nie prowadzicie tam działalności komercyjnej, a tylko tę związaną z dotacjami państwowymi. Na czym polega problem?

Reklama

– Takie oskarżenie pod naszym adresem wysunął urzędnik MSZ. Oczywiste jest, że działalność komercyjna na tamtym rynku nie jest łatwa, bo siła nabywcza tamtejszych rolników jest bardzo słaba i dopiero się tam rodzi. Trzeba by więc już dziś myśleć w bardzo długiej perspektywie o przyszłości polskich firm, które chciałyby tam kiedyś zająć znaczącą pozycję. Symptomatyczne jest to, że Chiny dają 60 mld dol. na rozwój rolnictwa w tym regionie świata, czym przygotowują grunt dla chińskich firm, ale dopiero w odległej przyszłości. Tak więc postawiony mi dziś zarzut nieprowadzenia działalności komercyjnej w Tanzanii i Etiopii uważam za niemądry i chybiony. Zwłaszcza że przecież nie mogę prowadzić działalności komercyjnej, jeśli mam tam aktywny kontrakt rządowy. To byłoby nieetyczne wobec państwowego podmiotu, z którym jestem związany. Polskie MSZ próbowało zrobić ze mnie nieuczciwego kontrahenta...

– ...wpuścić Pana w maliny?

– Trafnie powiedziane! Bo maliny są specjalnością szefostwa dokładnie tego departamentu MSZ, który utrudnia życie Ursusowi.

– Jak to?

– To nie jest wcale złośliwa przenośnia! Tenże departament dotował sadzonki malin na Wołyniu. Na szczęście tego rodzaju wsparcie dla Ukrainy zostało sprawnie przecięte przez związki zawodowe rolników, bo przecież polscy plantatorzy malin mają nie od dziś wielkie problemy.

– Nie można chyba podejrzewać zacnych urzędników o tak wielką, że aż symboliczną, bezrozumność...?

– Najdelikatniej mówiąc, brakuje tu logiki i koordynacji. A może mamy do czynienia z chorą prawidłowością czy, mówiąc wprost – z antypolskimi działaniami? Bo jak rozumieć to, że ci sami urzędnicy nie pozwalają Ursusowi się rozwijać w Afryce, a jednocześnie z pieniędzy polskich podatników dotują zakładanie plantacji malin na Wołyniu? W mojej ocenie to jawna ojkofobia. Aż się ciśnie pytanie o znaczenie i wymowę tego „gestu” w kontekście rzezi wołyńskiej... Oraz o przyszłą konkurencję dla polskich plantatorów malin, których sytuacja może być jeszcze trudniejsza niż obecnie. Niestety, polski Ursus jest dziś w takim stanie, jak producenci polskich jabłek i malin...

– Jak więc wygląda sytuacja Ursusa pod koniec 2018 r.?

Reklama

– W zakresie produkcji dla rolnictwa jesteśmy w takim samym stanie jak polskie rolnictwo; rozważamy bardzo mocne ograniczenie produkcji. Staniemy się prawdopodobnie małą firemką, która będzie próbowała się restrukturyzować, zmniejszać skalę działalności, a więc i zatrudnienie. Cel MSZ zostanie osiągnięty. Mam nadzieję, że uchronimy się przed upadłością i będziemy mogli jakoś przetrwać na rynku. Nie obejdzie się jednak bez krwawych cięć, bez zamykania zakładów i przedefiniowania produkcji.

– Nie będzie więc np. elektromobilnych autobusów Ursusa?

– Tu jeszcze jest jakieś światełko w tunelu. Nasze autobusy nieźle się sprzedają, mimo wszystko rozwijamy ich produkcję. Mamy wprawdzie zachęcający do tego rodzaju produkcji rządowy program e-bus, ale Ursus na pewno nie będzie mógł skorzystać z jego dobrodziejstw... Niestety, pojawia się bardzo wiele różnych dziwnych zdarzeń, które zaprzeczają deklarowanej przez rząd polityce w tym zakresie.

– Jak Pan tłumaczy te „dziwne zdarzenia”?

– Nie chciałbym tu używać mocnych oskarżeń, ale po prostu nie wierzę w to, że ktoś może ot, tak sobie wydać 300 mln zł państwowych pieniędzy i wpłacić je na rachunki hiszpańskiej firmy, żeby dostać nic nieznaczący papierek o 35-procentowym udziale w tej firmie. Pytam: Dlaczego PFR nie zainteresował się innymi producentami i nie chce zainwestować w Ursusa 30 mln zł za 35 proc. udziałów w naszej lubelskiej firmie, która chciałaby zacząć produkcję elektromobilnego samochodu dostawczego?

– Zadawał Pan to pytanie prezesom PFR?

Reklama

– Chciałbym, ale nikt stamtąd nie chce się ze mną spotkać oficjalnie i rozmawiać na ten temat. Tłumaczą, że mają z Hiszpanami podpisane listy o poufności i – ich zdaniem – nieetyczne byłoby spotykanie się z prezesem polskiej rodzinnej firmy notowanej na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych, która produkuje ciągniki, maszyny oraz autobusy. Uważam, że to zasłanianie się etyką i lojalnością wobec hiszpańskiego producenta jest w tym przypadku co najmniej nie na miejscu.

– Ma Pan Prezes jeszcze siły, by walczyć ze wszystkimi o wszystko?

– Nie rezygnuję, walczymy o życie, o utrzymanie Ursusa przy życiu. Mam trochę żalu do siebie samego, że nabrałem się jak dziecko na deklaracje polityków, na to sadzanie mnie przy najważniejszych osobach w państwie, na zachwyty nad naszymi pomysłami i nad prężnym zdobywaniem rynków pozaeuropejskich, nad zaangażowaniem w elektromobilność... Teraz moją siłą napędową jest jeszcze walka o tysiąc pracowników Grupy Ursus, którzy pracują z pasją i zupełnie nie rozumieją, dlaczego ich firma – z którą naprawdę się identyfikują – jest tak bezrozumnie niszczona przez urzędników i przez jeden z państwowych banków.

– Wierzy Pan Prezes, że uda się przetrwać bez tego wsparcia, które hojną ręką dostają inni?

– Robię wszystko, by tak było. Ale obawiam się, że nie będzie to już dumna polska marka... Prowadzimy teraz rozmowy z zagranicznymi gigantami w sprawie wsparcia firmy, a to znaczy, że staniemy się po prostu tanimi podwykonawcami. Za wszelką cenę chciałbym tego uniknąć, ale chyba nie mamy już innego wyjścia. Mam wielki żal do polityków – nie tylko osobisty i firmowy, ale także obywatelski – o to, że nie potrafią naprawdę i uczciwie zadbać o rzeczywistą odbudowę rodzimego przemysłu maszyn rolniczych i przede wszystkim rolnictwa.

Karol Zarajczyk
Polski przedsiębiorca i menedżer. Absolwent Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania im. L. Koźmińskiego w Warszawie oraz podyplomowych studiów specjalistycznych na uczelniach zagranicznych, m.in. w SDA Bocconi School of Management w Mediolanie, The School of Oriental and African Studies University of London, na Uniwersytecie Waseda w Tokio oraz w IESE Business School (Uniwersytet Nawarry). Od 2013 r. jest prezesem zarządu polskiej rodzinnej firmy Ursus S.A.

2018-10-31 08:28

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Krajowy duszpasterz Skautów Europy dla KAI: wychowanie bez odniesienia do Boga jest niepełne

[ TEMATY ]

wywiad

skauci

Archiwum

Harcerki z drużyny skautów

Harcerki z drużyny skautów

Wychowanie młodego człowieka bez odniesienia do Boga i bez wiary jest wychowaniem niepełnym – przypomina w rozmowie z KAI ks. Piotr Zamaria, krajowy duszpasterz Skautów Europy w Polsce, nawiązując do Dnia Myśli Braterskiej, obchodzonego dziś przez skautów i harcerzy na całym świecie.

Ks. Piotr Zamaria: Dzień Myśli Braterskiej obchodzony jest w dniu urodzin założyciela skautingu Roberta Baden-Powella i jest przypomnieniem jego metody wychowawczej. To nie jest jego święto, ani święto skautingu, ale Dzień Myśli Braterskiej, bo dla Baden-Powella najważniejsze było właśnie budowanie idei braterstwa. On widział jakie zniszczenia materialne i przede wszystkim duchowe niesie ze sobą wojna, bo był oficerem. I stworzył skauting jako pewne antidotum na wojnę, zakładając, że jeśli ludzie będą się wychowywać w odpowiedzialności, szczerości i wzajemnym braterstwie, to położy kres wojnom. Dziś rolą skautingu jest budowanie mostów i braterstwa. I skauci to robią. Dlatego 22 lutego nie jest pustym świętem, sprowadzającym się do wysłania kartki, czy SMS-a.
CZYTAJ DALEJ

Post dobrze łączy się z jałmużną i z modlitwą

2026-01-22 11:25

[ TEMATY ]

rozważania

Ks. Krzysztof Młotek

Glossa Marginalia

Karol Porwich/Niedziela

Iz 58 należy do części księgi związanej z czasem po powrocie z wygnania. Trwa post i modlitwa, a równocześnie trwa krzywda ubogich. Prorok dostaje polecenie: „Wołaj na całe gardło”. To mowa publiczna, w tonie upomnienia. Lud pości i pyta, czemu Bóg „nie widzi”. Odpowiedź dotyka dnia pracy. W dzień postu załatwia się interesy i „uciska” robotników. Pojawia się spór i przemoc. Zewnętrzne znaki żałoby zostają nazwane: skłanianie głowy „jak sitowie” i leżenie w worze z popiołem. Hebrajskie określenie sitowia oznacza trzcinę bagienną, łatwo uginającą się pod palcami. Prorok pokazuje więc gest, który można wykonać bez przemiany życia. „Post, który wybieram” zostaje opisany czasownikami wyzwolenia. Należy rozwiązać więzy nieprawości, zerwać jarzmo, wypuścić uciśnionych. Potem idą czyny bardzo konkretne. Należy dzielić chleb z głodnym, wprowadzić pod dach biednych tułaczy, okryć nagiego, nie odwracać się od człowieka „z własnego ciała”. Hebrajskie bāśār oznacza także krewnego, więc odpowiedzialność zaczyna się najbliżej. Wers 8 używa obrazu świtu. Światło wschodzi, a „chwała Pana” idzie z tyłu jako osłona. W 9a pada obietnica: „Oto jestem” (hinneni). To słowo pojawia się w Biblii jako odpowiedź gotowości, na przykład u Samuela w noc powołania. Prorok ukazuje post, który otwiera drogę do wysłuchanej modlitwy i do uzdrowienia relacji społecznych. W wersecie 1 pojawia się obraz trąby. Hebrajskie skojarzenie prowadzi do szofaru, rogu używanego do ogłaszania świąt i alarmu. Ten sam dźwięk ma obudzić sumienie wspólnoty. W tle stoją także posty pamięci po katastrofie, o których mówi Za 7-8.
CZYTAJ DALEJ

Między numerem obozowym a kapłaństwem. Wiara w obozie

2026-02-20 21:06

[ TEMATY ]

kapłaństwo

Dachau

Kamil Gregorczyk

Tablica poświęcona łódzkim księżom, którzy zginęli w Dachau

Tablica poświęcona łódzkim księżom, którzy zginęli w Dachau

Pomimo nieludzkich warunków oraz bezwzględnie kontrolowanym zakazom kapłani umieszczani w KL Dachau wkładali wysiłki, aby pielęgnować wedle możliwości życie duchowe.

Dojście Adolfa Hitlera do władzy w styczniu 1933 r., zapoczątkowało bezkompromisową politykę eksterminacyjną III Rzeszy. Ideologiczne pobudki nazistów do zdobycia aryjskiej przestrzeni życiowej kosztem innych nacji uruchomiły proces, którego kulminacja przypadła na czasy II wojny światowej. Jednymi z najbardziej tragicznych, lecz bezsprzecznie najwymowniejszych znaków realizacji zbrodniczej polityki rasowej Niemców stały się budowane przez nich obozy zagłady i koncentracyjne. Pierwszy z nich uruchomiono w Bawarii już 22 marca 1933 r. w oddalonym około 20 kilometrów od Monachium mieście Dachau.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję