Książka Marcina Mamonia „Wojna braci. Bojownicy, dżihadyści, kidnaperzy” to świetnie napisany reportaż o współczesnym islamskim fundamentalizmie widzianym oczami korespondenta wojennego, który w listopadzie 2014 r. został porwany w Syrii przez Al-Kaidę. Przez 6 tygodni przebywał w niewoli, dopóki nie został zwolniony – głównie dzięki polskim służbom oraz czeczeńskim bojownikom, których poznał jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku, gdy jeździł na wojnę do Czeczenii, by opisywać tragedię tego kaukaskiego narodu eksterminowanego przez Rosjan.
Przez niemal 20 lat autor zrealizował wiele filmów dokumentalnych z krajów Afryki Północnej, Afganistanu, Somalii, ze Strefy Gazy, z Iraku i Kaukazu. Łączy je jedno: wszędzie było niebezpiecznie i wszędzie w centrum wydarzeń znajdowali się muzułmanie. Nic więc dziwnego, że Mamoń wyspecjalizował się w tematyce dotyczącej współczesnego islamu. Podczas swych podróży poznał swoistą międzynarodówkę – niebezpieczną i nieobliczalną wspólnotę sytuującą się nie tylko ponad granicami państw, ale także poza granicami zrozumienia przez ludzi obdarzonych nawet szczątkowym sumieniem.
W „Wojnie braci” stara się pokazać ducha, który ożywia dziś islamskich fundamentalistów. Pokazuje procesy społeczne, polityczne i gospodarcze, które doprowadziły do tzw. arabskiej wiosny. Umożliwia lepszą orientację w zawiłych meandrach geopolityki Bliskiego Wschodu. Można by wymieniać jeszcze długo inne walory tej publikacji, mnie jednak zainteresował szczególnie jeden wątek.
Autor pisze, że licząc się z najgorszym, przed wyjazdem na syryjski front poszedł się wyspowiadać do franciszkanów w Krakowie. W konfesjonale zwierzył się zakonnikowi ze swego dylematu: co ma zrobić, jeśli zostanie schwytany przez dżihadystów i jedynym sposobem uratowania życia okaże się wyparcie się własnej wiary? Czy jeśli to zrobi i wróci, to wszystko będzie takie jak dawniej? Czy Bóg to litościwie wybaczy? W odpowiedzi franciszkanin nie pozostawił mu praktycznie wyboru. Przecież śmierć za Jezusa to absolutna pewność zbawienia. Męczeństwo sprawia, że człowiek idzie do Nieba nawet bez konieczności spowiedzi. To okazja, jaka nie każdemu się zdarza. A jak później żyć ze świadomością, że w chwili próby zdradziło się Chrystusa?
Podczas uwięzienia przez Al-Kaidę Marcin Mamoń w każdej chwili spodziewał się ultimatum ze strony porywaczy. Co wybierasz: śmierć czy życie? Chrześcijaństwo czy islam? Kiedy rozmawiałem z nim na ten temat, opowiadał mi, że z czasem zrozumiał, iż krakowski franciszkanin miał rację. Trwanie przy Jezusie to najlepsze z możliwych rozwiązań.
Reklama
Amerykanin Peter Kassig zajmował się w Syrii pomocą humanitarną. Został porwany przez ISIS i w niewoli przeszedł na islam oraz przyjął imię Abdul Rahman. Nie pomogło mu to jednak – terroryści obcięli mu głowę. Nie okazali litości nawet mimo to, że wzywała do tego matka zakładnika, ubrana w czasie swego telewizyjnego wystąpienia w muzułmański hidżab. Okazało się więc, że Kassig nie tylko nie ocalił życia, ale również odszedł z tego świata jako apostata, który wyparł się Chrystusa.
Poza tym warto pamiętać, że dżihadyści stosują też bardziej wyrafinowane metody. Kogoś, kto zadeklarował przejście na islam, poddają np. swoistej próbie. Dają mu nóż do ręki, przyprowadzają związanego zakładnika i każą poderżnąć bezbronnemu więźniowi gardło. W tym momencie człowiek wpada w pułapkę: albo sam stanie się mordercą, albo zostanie zamordowany – i to jako zdrajca Chrystusa.
W tej sytuacji najlepszym wyjściem pozostaje rzeczywiście trwanie przy własnej wierze. Nie gwarantuje ono przeżycia, ale nie gwarantuje tego również apostazja. Fundamentaliści nie wierzą przecież w szczerość nawrócenia jeńca, któremu przykłada się ostrze do szyi. Raczej uważają go za człowieka słabego i tchórzliwego, a takimi gardzą. Większy szacunek budzi u nich ktoś, kto mimo zagrożenia życia nie wypiera się swej wiary.
Być może rację miał ów krakowski franciszkanin, gdy mówił, że taka sytuacja jest wyjątkową okazją, by pójść do prosto do Nieba. Jakoś nie mogę się jednak przemóc i napisać, że życzę Marcinowi w przyszłości stanięcia przed takim wyborem.
* * *
Grzegorz Górny Reporter, eseista, autor wielu książek i filmów dokumentalnych, stały publicysta tygodnika „wSieci”
Zamach terrorystyczny na Amerykę 11 września br. może być rozpatrywany
pod różnymi aspektami. Możemy nań spojrzeć także pod kątem szkód,
jakie wyrządził. Stosując pewne uproszczenia, możemy podzielić te
szkody na materialne i duchowe. Szkody materialne są dotkliwe, jednak
przy tak prężnej gospodarce amerykańskiej można je naprawić. Los
mojego konta emerytalnego, złożonego w akcjach średniego ryzyka,
może być w pewnym sensie obrazem sytuacji ekonomicznej po zamachu.
We wrześniu z sumy 15 tysięcy dolarów straciłem 2 tysiące. Zaś w
październiku zyskałem już 600. Przy stabilizującej się sytuacji z
pewnością te tendencje się utrzymają.
Inaczej sprawa wygląda, gdy myślimy o ludziach, którzy
stracili swe życie w tym zamachu. Jest to wielka tajemnica, którą
dzisiaj staramy się zrozumieć, stając w modlitewnej postawie przed
obliczem Boga. Trudno też ocenić rozmiar duchowego cierpienia tych,
którzy stracili swoich bliskich w płonących drapaczach chmur, oraz
tych, którzy pośrednio w różnoraki sposób zostali duchowo ugodzeni
przez terroryzm. Te szkody, te rany wymagają dużo czasu i miłości,
aby je naprawić, uleczyć. W duchowym uleczeniu nie chodzi tylko o
powrót do stanu poprzedniego. Po przejściu takiej tragedii tych powrotów
nie ma. Człowiek musi wziąć na swe barki ciężar przeżytego cierpienia
i z pomocą łaski Bożej nadać mu, jak i swojemu życiu, nowy, pełniejszy
wymiar. Jest to możliwe tylko w perspektywie wieczności, którą otwiera
przed nami Chrystus.
Tak też rozumieją to duchowni i wierni różnych wyznań,
którzy w tych dniach, częściej niż poprzednio, kierują swe myśli
ku Bogu. Każda parafia otrzymała list z prośbą do kapłanów, aby zgłaszali
się do pełnienia dyżurów na miejscu tragedii, aby modlili się za
zmarłych, których ciała wydobywa się z rumowisk, aby wspierali duchowo
dotkniętych tą tragedią. Na apel odpowiedziało ponad 400 księży katolickich
z diecezji nowojorskich. Dniem i nocą pełnią ten dyżur. Modlą się
także w swoich parafialnych kościołach, otaczając szczególną troską
ofiary zamachu. 11 listopada br. na miejscu tragedii odbyła się uroczystość
żałobna, podczas której duchowni różnych wyznań wraz z wiernymi zanosili
swe modły do Boga. Zaś w diecezji Brooklyn sprawowane były dwie Msze
św. w intencji ofiar zamachu. Były to Msze św. dla całej wspólnoty
diecezjalnej. Specjalne miejsce zarezerwowano dla tych, którzy stracili
swoich bliskich. Koncelebrowanym Mszom św. przewodniczył bp Thomas
Daily.
Pierwszym kapłanem, który przybył na miejsce tragedii,
był franciszkanin o. Mychal Judge, kapelan nowojorskich strażaków.
Ojciec Mychal był znany nowojorczykom ze swej dobroci i gorliwej
służby Bogu, przejawiającej się w służbie bliźniemu. Oprócz zwykłej
parafialnej pracy duszpasterskiej troszczył się o bezdomnych. Nieraz
można było go spotkać przy wydawaniu gorącej zupy bezdomnym. Otaczał
opieką chorych na AIDS. Wiele czasu poświęcał strażakom, jako ich
kapelan był zawsze gotowy na każde wezwanie. Pomagał chińskim nielegalnym
emigrantom ze statku, który w 1993 r. uległ wypadkowi u wybrzeży
Rackaway, modlił się i pocieszał rodziny, których najbliżsi zginęli
w eksplozji samolotu TWA numer lotu 800. Można by wyliczyć wiele
takich sytuacji. Ojciec Mychal był tam, gdzie potrzebna była jego
pomoc. Rankiem 11 września br. jeden ze współbraci wszedł do pokoju
o. Mychala i powiadomił go o wybuchu w "bliźniakach". Ojciec natychmiast
zdjął habit, przywdział strażacki mundur i udał się na miejsce tragedii.
W potwornych warunkach modlił się i pocieszał rannych oraz umierających.
W czasie pełnienia kapłańskiej posługi o. Mychal zdjął hełm strażacki,
aby lepiej usłyszeć jednego z umierających strażaków. I wtedy został
ugodzony w głowę spadającym odłamkiem walącej się ściany. Poniósł
śmierć na miejscu. Strażacy z wielkim szacunkiem i miłością przynieśli
jego ciało do pobliskiego kościoła, gdzie owinięto je w białe płótno
i położono przed ołtarzem, a obok - stułę kapłańską i oznakę strażacką.
W czasie pogrzebu o. Michael Duffy powiedział: "Popatrzcie,
w jaki sposób o. Mychal zginął. Był zawsze tam, gdzie najbardziej
potrzebowano jego pomocy. Tam też zawsze chciał być. Modlił się z
umierającymi: ´Jezu, przyjdź!, Jezu, wybacz!, Jezu, zbaw!´. Rozmawiał
z Bogiem i pomagał tym, którzy byli w potrzebie. Czy możemy wyobrazić
sobie piękniejsze okoliczności śmierci? Gdy myślę o okropnej śmierci,
która była udziałem tak wielu, zadaję sobie pytanie: Dlaczego o.
Mychal był pierwszym spośród nas? Sądzę, że znam odpowiedź. O. Mychal
nie mógł usłużyć wszystkim umierającym. W tym życiu było to niemożliwe
ze względów fizycznych, ale nie w następnym. Myślę, że gdyby mu dano
wybór, wybrałby taki przebieg zdarzeń, jaki miał miejsce. Pierwszy
przeszedł na drugą stronę życia i tam czynił to, co chciał czynić
z całego serca. Tych, którzy po nim odchodzili do Boga, witał szczerym
i serdecznym uśmiechem, brał pod rękę, tulił do piersi i mówił: ´Witajcie,
kochani. Teraz chcę was zaprowadzić do mojego Ojca´".
O. Mychal odbył w swym życiu kilka pielgrzymek do Rzymu.
Jego przyjaciel - o. Miles powiedział, że ostatnią pielgrzymkę odbył
on w sobotę 10 listopada tego roku w symbolu swego hełmu ofiarowanego
Ojcu Świętemu przez strażaków z Nowego Jorku. Hełm, przyozdobiony
krzyżem, został wręczony Ojcu Świętemu w czasie Mszy św. w Bazylice
św. Piotra.
Po powrocie do Nowego Jorku pielgrzymi spotkali się w
kościele pw. św. Franciszka z Asyżu, gdzie pracował o. Mychal. O.
Pat Fitzgerald powiedział wtedy: "Ten hełm dla strażaków był symbolem,
ale po ofiarowaniu go Ojcu Świętemu nabrał jeszcze głębszego znaczenia.
Nie jest to tylko hełm o. Mychala, ale hełm wszystkich nowojorskich
strażaków".
Gdy kończę pisanie tego artykułu świat obiega inna tragiczna
wiadomość. Samolot z 260 osobami na pokładzie cztery minuty po starcie
z lotniska JFK w Nowym Jorku runął na budynki mieszkalne w Rackaway
na Queensie. Wcześniej kilkudziesięciu strażaków z tej okolicy zginęło
w czasie ataku terrorystycznego na World Trade Center. Do gaszenia
pożaru przyjechali ich koledzy, ale bez swego kapelana. Zapewne o.
Mychal duchem był tam obecny i z zatroskaniem spoglądał na to miejsce,
prosząc Boga o łaski potrzebne zbolałemu człowiekowi...
Wspólnota parafii Najświętszego Zbawiciela we Wrocławiu-Wojszycach świętowała Dzień Jedności Parafii. Centralnym punktem uroczystości była Msza św. pod przewodnictwem bp. Stefana Regmunta, podczas której wierni dziękowali za 50 lat kapłaństwa proboszcza ks. Stanisława Krzemienia oraz jego kolegów kursowych.
– Gromadzimy się dzisiaj w naszej świątyni na wyjątkowej, historycznej liturgii, która łączy w sobie dwa wielkie powody do wdzięczności Panu Bogu i ludziom. Przeżywamy dzisiaj nasze parafialne dziękczynienie za Synod Archidiecezji Wrocławskiej. Przez czas synodu wspólnie wsłuchiwaliśmy się w głos Ducha Świętego, aby odnawiać oblicze naszego lokalnego Kościoła. Dzisiaj prosimy o owoce tego świętego czasu i powierzamy Bogu przyszłość naszej archidiecezji. Ta radosna chwila zbiega się z drugim niezwykle bliskim naszym sercom wydarzeniem. Przeżywamy dziś złoty jubileusz kapłaństwa naszego księdza proboszcza, a także obecnego wśród nas księdza biskupa Stefana i ich kolegów kursowych – mówił ks. Krzysztof Wojtaś i życzył: – Dziękujemy za wasze 50-letnie trwanie przy Chrystusowym ołtarzu. Szczególnie tobie, Księże Proboszczu, dziękujemy za ojcowskie serce, za każdą odprawioną w tej parafii Mszę św., za głoszone słowo Boże i budowanie naszej wspólnoty parafialnej.
W sobotę, 13 czerwca, bp Jerzy Mazur, Biskup Ełcki, udzielił w parafii katedralnej pw. św. Wojciecha w Ełku święceń kapłańskich trzem alumnom Wyższego Seminarium Duchownego w Ełku. Mszę św. z Ordynariuszem Ełckim koncelebrowali księża profesorowie, księża proboszczowie nowych prezbiterów oraz kapłani, którzy przybyli na uroczystość.
Ks. Kamil Kaczyński z parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Suwałkach, ks. Paweł Paszkiewicz z parafii pw. Przemienienia Pańskiego w Krasnopolu i ks. Grzegorz Szymonik z parafii pw. Wniebowzięcia NMP w Brańsku to neoprezbiterzy diecezji ełckiej.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.