Reklama

Polityka

Wyścig do Białego Domu

Na krótko przed wyborami prezydenckimi Donald Trump pozostaje kilka punktów procentowych za swoją demokratyczną rywalką – Hillary Clinton. W dodatku wewnątrz samej Partii Republikańskiej obserwujemy rozłam, wynikający z rosnącej niechęci do kandydatury Trumpa. Oskarżenia o seksualne wykorzystywanie kobiet tylko pogarszają wizerunek miliardera. Czy jest on jeszcze w stanie odwrócić niekorzystny trend i osiągnąć wymarzony Biały Dom?

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Nowojorski miliarder nie jest ulubieńcem establishmentu Grand Old Party (Partii Republikańskiej, w skrócie GOP). Wybór nominata nie leży jednak w kwestii władz partyjnych – to zadanie i przywilej zwykłych wyborców. To amerykańscy konserwatyści zadecydowali, przez kogo chcą być reprezentowani.

Republikanie w potrzasku?

Sam Donald Trump, jeszcze na etapie prawyborów, wielokrotnie podkreślał, że jego przesłanie polityczne trafia również do niezagospodarowanego elektoratu. Miał w ten sposób przyciągnąć do Partii Republikańskiej nowych wyborców, którzy do tej pory dryfowali, niejako porzuceni, między dwiema największymi siłami politycznymi w USA. Kiedy okazało się, że w niektórych stanach w trakcie prawyborów odnotowana została rekordowa frekwencja, mogło się wydawać, że Trump faktycznie poszerzył tradycyjny elektorat Republikanów. Dzisiaj jednak wygląda to już zupełnie inaczej, a „partia Lincolna” nie ma powodów do świętowania. Chociaż bezpośrednio po konwencji GOP kandydat Republikanów zyskał pewną przewagę w sondażach, to wkrótce utracił ją na rzecz świeżo nominowanej Hillary Clinton. Generalnie partyjne konwencje są czynnikiem podnoszącym społeczne poparcie dla kandydata. Sztuka polega jednak na tym, by utrzymać korzystny trend. Donaldowi Trumpowi to się nie udało – od tego momentu kandydat Republikanów przegrywał ze swoją lewicową rywalką w większości badań opinii publicznej.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

W kuluarach polityki

Reklama

Chcąc lepiej zrozumieć genezę sukcesu Donalda Trumpa, postanowiłem zajrzeć za kulisy amerykańskiej sceny politycznej. Dotarłem do osoby, która jako delegatka stanu Luizjana w trakcie krajowej konwencji Republikanów głosowała na nowojorskiego miliardera. Moja rozmówczyni była początkowo zobligowana do głosowania na Teda Cruza, lecz gdy ten wycofał się z wyścigu o nominację, została zwolniona z tego zobowiązania i w trakcie konwencji mogła podjąć inną decyzję.

– Zagłosowałam na Trumpa, ponieważ oczywiste było, że Ted Cruz nie miał żadnych szans na zdobycie wystarczającej liczby głosów delegatów, by zagwarantować sobie nominację – mówi „Niedzieli” Beth Croslow Billings. Podkreśla również, że jako członkini stanowego komitetu centralnego – organu politycznego reprezentującego Partię Republikańską w Luizjanie – oraz przedstawicielka stanowej delegacji na konwencję GOP zdecydowała się poprzeć Trumpa w celu zapewnienia jedności swojej formacji politycznej. – Jak mogłabym zachęcać moją społeczność w Luizjanie do głosowania na Donalda Trumpa, gdybym wcześniej sama nie poparła go na krajowej konwencji? – pyta retorycznie.

Zastanawia mnie, skąd wziął się tak wielki sukces polityczny Donalda Trumpa. Jak udało mu się trafić ze swoim przesłaniem do tak dużej grupy konserwatywnego elektoratu w USA?

– Tak wielu Amerykanów zdecydowało się poprzeć kandydaturę Donalda Trumpa z tego samego powodu, dla którego krytykuje go tylu polityków Partii Republikańskiej. On nie jest częścią ich gry, nigdy przedtem nie był zawodowym politykiem. Nie należy również do establishmentu – mówi Beth Croslow Billings.

Sondażowy impas

Reklama

Z najnowszych sondaży wynika, że Donald Trump ustępuje Hillary Clinton średnio 6 punktami procentowymi. Rezultaty konkretnych ankiet są jednak dosyć mocno zróżnicowane. Przykładowo według badania Fox News z połowy października, demokratka wyprzedzała republikańskiego rywala w stosunku 49 do 42 proc., a w innym sondażu z podobnego okresu przewaga byłej sekretarz stanu wynosiła już tylko 2 punkty procentowe. Czy może to być swego rodzaju pocieszenie dla zwolenników nowojorskiego miliardera? Częściowo tak, ale błędem byłoby myśleć, że na tym etapie kampanii mamy do czynienia z relatywnie dużą nieprzewidywalnością. Gdy przeanalizuje się ogólny trend, można zauważyć, że to Hillary Clinton jest zdecydowaną faworytką. Jeszcze lepszy ogląd sytuacji daje nam analiza tego, jak rozkładają się głosy elektorskie, a więc kluczowy czynnik decydujący o tym, kto ostatecznie zostanie prezydentem. W USA głowę państwa wybiera się w wyborach pośrednich – Amerykanie głosują w swoich stanach, a każdy z nich ma przypisaną konkretną liczbę elektorów. Kandydat, który wygrywa w danym stanie, zgarnia wszystkie tamtejsze głosy elektorskie. Do zwycięstwa potrzeba przynajmniej 270 z nich.

Walka o prezydenturę rozgrywa się zatem w tzw. swing states, czyli stanach wahających się. Są to rejony, w których kandydaci odnotowują zbliżone poparcie, a co za tym idzie – trudno jest przewidzieć ostatecznego zwycięzcę.

Kluczowe stany

Reklama

Od tych na pozór sztywnych założeń strategicznych oczywiście są również wyjątki, które pojawiają się przy okazji niektórych elekcji prezydenckich. Na dzisiejszej mapie politycznej USA sytuacja Donalda Trumpa nie napawa optymizmem. Kandydat Republikanów ma problemy nawet w tym stanie, który do tej pory uchodził za tradycyjny bastion prawicy. Mowa o Arizonie, która dzisiaj ma status remisowy, chociaż w wyborach z poprzednich lat pewnie zwyciężali tutaj Republikanie. Według sondażu gazety „Arizona Republic”, Hillary Clinton prowadzi tam z Donaldem Trumpem aż o 5 punktów procentowych. Inne badania są jednak bardziej optymistyczne dla kandydata Republikanów. Sondaż SurveyMonkey dla „The Washington Post” pokazuje np., że Trump wciąż cieszy się w Arizonie przewagą rzędu kilku punktów procentowych. Ta rozbieżność wyników dowodzi, jak bardzo wyrównana walka toczy się na tym terenie. Bez wygranej w stanie Arizona i zdobycia przypisanych jej 11 głosów elektorów trudno będzie wyobrazić sobie ewentualne zwycięstwo Trumpa w wyborach prezydenckich (8 listopada). Pozostałe najbardziej kluczowe stany o statusie wahających się to: Floryda, gdzie do zgarnięcia jest aż 29 głosów elektorskich, Ohio – z przypisanymi 18 głosami, Karolina Północna, która do puli dostarczyć może dodatkowych 15 głosów, oraz zapewniająca 11 głosów Indiana. Trump obecnie ma przewagę tylko w dwóch z nich – w Indianie oraz niewielką w Ohio. Gdyby wybory odbyły się dzisiaj, to kandydatka Demokratów mogłaby liczyć na pewnych 260 głosów, a Trump jedynie na 170. W puli pozostają jednak głosy elektorów ze stanów wahających się – jest ich w sumie 108. Oznacza to, że chcąc zwyciężyć 8 listopada, Donald J. Trump musi wygrać niemalże we wszystkich „swing states”. Choć zadanie to wydaje się niezmiernie trudne do wykonania, nie jest zupełnie nierealne. Szczególnie że w zaliczanym do wahających się stanie Iowa Trump ma ewidentną przewagę nad Hillary Clinton. Wygrana w tym typowo rolniczym rejonie dostarczy mu wprawdzie zaledwie 6 głosów elektorskich, ale w sytuacji, w której dzisiaj znajduje się kandydat Republikanów, absolutnie każdy głos będzie dla niego na wagę złota.

Republikanie w kryzysie

Donaldowi Trumpowi nie pomaga w dodatku niechęć wielu wpływowych polityków Partii Republikańskiej wobec jego kandydatury. Po tzw. aferze taśmowej, która dotyczyła kompromitujących, seksistowskich komentarzy wygłaszanych przez Trumpa w 2005 r., Republikanie znaleźli się w stanie małej wojny domowej.

– Nie bronię tego, co powiedział 11 lat temu, ale nie jestem również naiwna. Medialna histeria związana z upublicznieniem tej taśmy jest dla mnie oczywistą przesłanką, że media zrobią wszystko, by Trump ostatecznie przegrał wybory – uważa Beth Croslow Billings.

– Znacznie bardziej niepokoi mnie to, co robiła Hillary Clinton, niż to, co powiedział Donald Trump – dodaje.

Wspólne badanie zrealizowane przez Reutersa oraz Ipsos wykazało, że 63 proc. obywateli USA wierzy w to, iż Trump w przeszłości dopuścił się molestowania seksualnego, co więcej – jedną trzecią respondentów wyrażających taką opinię stanowili zwolennicy Republikanów.

Reklama

Jak wyliczył „The New York Times”, w sumie 160 wpływowych polityków tego ugrupowania zdecydowało się nie wspierać kandydata własnej partii. Część z nich była mu przeciwna już na samym początku, inni zdecydowali się go opuścić dopiero wtedy, kiedy światło dzienne ujrzało kompromitujące Trumpa nagranie oraz gdy 9 kobiet (dzisiaj już 11, m.in. znana aktorka Salma Hayek – przyp. red.) publicznie oskarżyło go o molestowanie seksualne. Obrońcy kandydata GOP twierdzą, że są to historie wyssane z palca, a sztab Clinton mógł płacić za opowieści, które zdyskredytowałyby nowojorskiego miliardera. Sam zainteresowany natomiast grozi pozwami wobec tychże kobiet.

– Kiedy w trakcie swojej kampanii Donald Trump popełni jakiś błąd taktyczny, przedstawiciele establishmentu uciekają z pokładu jego statku niczym szczury z tonącej łódki. Oni nie rozumieją tego, że zwolennikom Trumpa nie zależy na ich poparciu – mówi „Niedzieli” Beth Croslow Billings. – Niezgadzanie się z Trumpem jest dla niego w pewnym sensie korzystne. Republikańscy wyborcy są już zmęczeni tym, że elity partyjne stale ich okłamują – wyjaśnia.

To jednak opinia tylko jednej strony konfliktu trapiącego dzisiaj amerykańską Grand Old Party. Wciąż jest wielu wyborców, którzy o przedstawicielach republikańskiego establishmentu mają bardziej pozytywną opinię.

Reklama

Spiker Izby Reprezentantów – republikanin Paul Ryan stwierdził, że nie zamierza bronić kandydata swojej partii ani prowadzić z nim kampanii. Zamiast tego kongresmen chce skupić się na utrzymaniu republikańskiej większości w Kongresie. W listopadzie oprócz wyborów prezydenckich odbędą się również wybory do Senatu oraz do Izby Reprezentantów. W przypadku ewentualnej przegranej Donalda Trumpa Republikanie, mając przewagę w obu izbach Kongresu, będą w stanie skutecznie blokować przynajmniej niektóre lewicowe pomysły Hillary Clinton. Konserwatyści kontrolujący Kongres byliby zatem przeciwwagą dla Demokratów posiadających swojego kandydata w Białym Domu. W samej Partii Republikańskiej wciąż jest jednak wielu zwolenników Donalda Trumpa, którzy nie zgadzają się z Paulem Ryanem i uważają, że Grand Old Party powinna stanąć murem za swoim nominatem. Twierdzą, że lepszy wynik kandydata Partii Republikańskiej w wyborach prezydenckich oznaczać będzie lepszy rezultat tego ugrupowania w walce o amerykański Kongres.

– Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby amerykańskie społeczeństwo było tak bardzo podzielone. W trakcie poprzednich wyborów w przydomowych ogródkach w całym mieście widywaliśmy plakaty i tabliczki lobbujące za konkretnym kandydatem. W tym roku taki widok to rzadkość – mówi „Niedzieli” Beth Croslow Billings. – Cicha większość (jak nazywa się w USA zwolenników Trumpa – przyp. red.) będzie miała swój głos w dniu wyborów – zapewnia.

Zły kandydat?

Za oceanem pojawiają się głosy, że gdyby kandydatem Republikanów został ktoś inny, to dzisiaj najprawdopodobniej prowadziłby w sondażach, a głównym tematem w amerykańskich mediach byłaby afera mailowa z Hillary Clinton w roli głównej, a nie skandale Donalda Trumpa. Kandydatka Demokratów skasowała ponad 30 tys. e-maili, które w dodatku wysyłała ze swojego prywatnego serwera zamiast z oficjalnej skrzynki pocztowej przysługującej sekretarzowi stanu. W ten sposób naraziła rząd USA na wyciek ściśle tajnych danych państwowych. Wielu Amerykanów uważa, że Hillary Clinton robiła to celowo, by tym sposobem zatuszować swoje nielegalne działania, których miała się dopuszczać, gdy pracowała w administracji Baracka Obamy.

Reklama

Donald Trump wzbudza jednakowoż dodatkowe kontrowersje poprzez brak złożenia obietnicy uznania wyniku wyborów prezydenckich. Wielu uważa, że takie stanowisko jest niebezpieczne i godzi w amerykańską demokrację. W trakcie jednego z wieców wyborczych oświadczył, że wynik wyborczy zaakceptuje, ponieważ... to on okaże się zwycięzcą, czym wywołał radosne okrzyki swoich zwolenników. Wciąż nie wiadomo jednak, jak zachowa się w przypadku swojej przegranej. Jego zwolennicy twierdzą, że w trakcie wyborów faktycznie może dojść do oszustwa, dlatego całemu procesowi należy się bacznie przyglądać. Argumentem w rękach stronników Trumpa są np. doniesienia o osobach zarejestrowanych do głosowania w kilku stanach jednocześnie. Sam Donald Trump pytany w trakcie ostatniej debaty, czy obieca zaakceptować wynik wyborów, odparł, że jeszcze tego nie wie i na razie będzie trzymał wszystkich w niepewności. Dla jednych odpowiedź ta była genialnym posunięciem taktycznym, dla drugich – przykładem bezczelności.

– Mamy długą tradycję pokojowego przekazywania władzy prezydenckiej. Myślę, że Trump zaakceptuje wynik wyborów, jeżeli tylko będą one przeprowadzone w sposób uczciwy – mówi Beth Croslow Billings. – Jeżeli kandydaci osiągną zbliżony wynik wyborczy, mamy wtedy odpowiednie procedury stanowe, które automatycznie uruchamiają proces ponownego liczenia głosów – wyjaśnia „Niedzieli”.

Taka sytuacja miała miejsce na Florydzie w trakcie wyborów w 2000 r. George W. Bush pokonał wtedy swojego demokratycznego rywala – Ala Gore’a minimalną różnicą zaledwie kilkuset głosów.

Jak wynika z badania zrealizowanego przez organizacje Politico oraz Morning Consult – 41 proc. Amerykanów uważa, że Trump może przegrać walkę o Biały Dom z powodu oszustw wyborczych.

Pojawiają się również spekulacje na temat ewentualnego następnego kroku Donalda Trumpa, gdyby ten przegrał wybory. Niektórzy uważają, że miliarder będzie chciał rozbić system dwupartyjny w USA, zakładając własną partię polityczną. Możliwe również, że będzie chciał skapitalizować swój elektorat, tworząc własne medium – np. stację telewizyjną.

Dynamika i nieprzewidywalność amerykańskiej polityki każą nam jednak pamiętać, że tak naprawdę walka trwa do ostatniego dnia kampanii i do tego czasu wszystko może się jeszcze wydarzyć. Zwłaszcza że w jednym z najnowszych sondaży – badaniu Investor’s Business Daily/TIPP, który w trojgu poprzednich wyborach prezydenckich najdokładniej przewidział ostateczne wyniki – Donald Trump prowadzi nad Hillary Clinton 2 punktami procentowymi. Dzień głosowania zbliża się wielkimi krokami, a serca Amerykanów zaczynają bić coraz szybciej. Emocje sięgają zenitu – kraj wuja Sama wstrzymuje oddech i czeka. Tak będzie przynajmniej do 8 listopada, gdy wreszcie poznamy wynik wyborów, które tak bardzo podzieliły amerykańskie społeczeństwo.

* * *

Tomasz Winiarski
Student dziennikarstwa, amerykanista zafascynowany kulturą, polityką i historią USA. Dziennikarz dla Polonii w Stanach Zjednoczonych. W życiu stara się kierować mottem: Nie ma rzeczy niemożliwych! tomasz.winiarski@niedziela.pl

2016-11-02 11:42

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Wniosek o samorozwiązanie Sejmu

Niedziela Ogólnopolska 41/2013, str. 36

[ TEMATY ]

polityka

sejm

Krzysztof Białoskórski/sejm.gov.pl

W „Wiadomościach” TVP trwa serial o pedofilii duchownych, prowadzony w stylu marnego tabloidu. Dziennikarze pochylają się z troską nad losem Kościoła, pokazują twarze i nazwiska kapłanów, którzy zostali pomówieni o grzeszne czyny, choć nie zapadły jeszcze prawomocne wyroki w ich sprawie. Niektórzy dziennikarze dali się nawet wciągnąć w próbę zdyskredytowania abp. Henryka Hosera, ordynariusza diecezji warszawsko-praskiej. Podczas rozmowy w TVP Info, mocno dociskano hierarchę, nie przyjmując tłumaczenia, że jeszcze nie zapadł prawomocny wyrok w sądzie powszechnym w tej sprawie, że ten jednorazowy przypadek sprzed 12 lat wydawał się dla Kurii pomówieniem, że jednoznacznie arcybiskup uznał pedofilię za grzech podobny do zdrady Judasza! Po temacie pedofilii główne wydanie „Wiadomości” zawiera kompletną sieczkę informacji o wszystkim i o niczym, aby tylko nie dotknąć prawdziwej sytuacji polskiej gospodarki, stanu państwa, realnego zagrożenia upadku Stoczni Gdańskiej, rozwalania przez rząd polskiego górnictwa czy rosnącego długu publicznego. Nie usłyszymy o tym, że NSZZ „Solidarność” rozpoczął zbieranie podpisów pod obywatelskim wnioskiem o samorozwiązanie Sejmu czy też o tym, że związek przygotowuje obywatelski projekt ustawy o zmianie zasad przeprowadzania referendum ogólnokrajowego, tak, aby to obywatele, a nie politycy mogli decydować, czy referendum się odbędzie. Ciekawostką projektu tej ustawy ma być zapis, aby wszystkie projekty obywatelskie, które spełnią wymogi formalne, nie były odrzucane w pierwszych czytaniach, żeby dać im szanse na prace w komisjach i podkomisjach sejmowych. Taki zapis pozwalałby np. na dalszą pracę nad odrzuconym ostatnio przez Sejm obywatelskim projektem noweli ustawy uszczelniającej ochronę ludzkiego życia. Niestety, głosami posłów PO, SLD, Ruchu Palikota i części PSL odrzucono w pierwszym czytaniu wprowadzenie zakazu aborcji eugenicznej (dającego osobom niepełnosprawnym prawo do narodzin). Co więcej, marszałek Ewa Kopacz zabroniła wnioskodawcom używania w czasie debaty określenia „zabijanie dzieci nienarodzonych”, a sama debata przerodziła się w szatański jazgot polityków będących przeciw życiu, którzy dosłownie prześcigali się w demagogicznych, chamskich wystąpieniach. – Może pani rodzić dzieci upośledzone, jeśli ma pani życzenie – w ten sposób do matki dziecka z zespołem Downa, Kai Godek, która była przedstawicielem wnioskodawców, zwrócił się rozjuszony poseł z Ruchu Palikota. Marszałek Ewa Kopacz nie zareagowała. Kilkakrotnie przerywała Kai Godek wystąpienie, gdy ta nazywała aborcję zabijaniem dzieci. A kiedy na poparcie swoich słów Kaja Godek przytoczyła relacje położnych, z których wynikało, że abortowane, żywe dzieci odkłada się do metalowej miski lub na chustę chirurgiczną, gdzie powoli w męczarniach umierają, rozległy się głosy z lewej strony sali: „Pani kłamie, to bezczelność!”. Tymczasem prawdą jest, że dzieci z aborcji rodzą się żywe i potem umierają poza organizmem matki. W szpitalach nazywa się to fachowo procedurą odstąpienia od reanimacji. Czy taki Sejm, będący przeciw życiu, nie powinien się sam rozwiązać? Samorozwiązania Sejmu, a także obalenia rządu domagali się już wcześniej związkowcy po uchwaleniu ustawy o podniesieniu wieku emerytalnego, a ostatnio po zmianach w kodeksie pracy w ustawie kłamliwie nazywanej ustawą o elastyczności czasu pracy, która w praktyce obniża wynagrodzenia, ogranicza popyt i prowadzi do utraty miejsc pracy. Było o tym głośno podczas wrześniowej manifestacji związkowców w Warszawie. Bez samorozwiązania Sejmu i zmiany rządów będziemy świadkami kolejnych skandali prywatyzacyjnych. Tym razem chodzi o polskiego przewoźnika kolejowego PKP Cargo. Prywatyzacja ma uratować całe PKP, które jest zadłużone na ok. 4 mld zł, stąd rząd PO-PSL wpadł na pomysł wraz z kierownictwem PKP, że sprzedaż 50 proc. udziałów w PKP Cargo przyniesie ok. 2 mld zł. zysku do budżetu (PKP Cargo jest jedyną dochodową spółką kolejową o przychodach rzędu 4,5 mld zł i dającą rocznie blisko 200 mln zł czystego zysku). Mówi się, że do prywatyzacji przewidziana jest także spółka PKP Intercity, stąd zamiar podniesienia ceny poprzez nabycie taboru kolejowego za 5 mld zł (kupiliśmy nowoczesne Pendolino za 2,5 mld zł najprawdopodobniej po to, aby również je sprzedać na pokrycie długów PKP). Przypomina się prywatyzacja Polskich Hut Stali, które tanio sprzedano za wcześniejszy dług, by nic z tego nie mieć. Ktoś zapyta: jak to możliwe, że nasz kraj – nie mając już własnych wielkich przedsiębiorstw, banków, sieci handlowych, firm ubezpieczeniowych, cementowni, a nawet dużych producentów wódki – jeszcze funkcjonuje? Przypadkowo zdradził wszystko Lech Wałęsa, mówiąc o polityce zagranicznej obecnej ekipy: „Chodzi o przyłączenie Polski do Niemiec”. Faktycznie, Niemcom na pewno nie chodzi o to, by upadł zbyt szybko tak ogromny rynek zbytu. W takim razie dla kogo i dlaczego jeszcze pracuje ten Sejm i ten rząd?!
CZYTAJ DALEJ

Życie wieczne pozostaje darem Boga

[ TEMATY ]

Ks. Krzysztof Młotek

Glossa Marginalia

Grażyna Kołek

Pierwszy List Piotra jest skierowany do wspólnot rozproszonych w prowincjach Azji Mniejszej. Adresaci żyją pośród nacisku i niezrozumienia. Autor umacnia ich nadzieję, prowadząc ich przez długą drogę Pism.
CZYTAJ DALEJ

Troje Polaków uhonorowanych nazwami planetoid. Jednym z nich jest... św. Andrzej Bobola!

2026-05-26 13:33

[ TEMATY ]

kosmos

św. Andrzej Bobola

planetoida

Karol Porwich/Niedziela

Św. Andrzej Bobola

Św. Andrzej Bobola

W kosmosie pojawiły się kolejne nazwy asteroid związane z Polską. Jedna dotyczy księdza żyjącego w XVI/XVII wieku, a druga - współczesnych popularyzatorów mineralogii i meteorytyki. Nazwy ogłosiła oficjalnie Międzynarodowa Unia Astronomiczna (IAU).

W majowych wydaniach biuletynu WGSBN pojawiły się dwie nazwy planetoid związanych z naszym krajem. To w tym biuletynie specjalna grupa robocza Międzynarodowej Unii Astronomicznej (IAU) publikuje oficjalne nazwy dla planetoid.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję